PORY ROKU

MGŁY JESIENNE
[......................]
Zgęszczone chłodem dni zamierających,
Idą od dołów, dokąd się ukradkiem
Schronić umiały, tłumy mgieł i kłęby
Walą zdwojone na wierzby. Ogromne,
Groźne, wspaniałe turnie, które z ścian swych
Mnogie strącają siklawy i długie
Skalne stawiają tamy między dwoma
Powaśnionymi królestwy, przestały
Napełniać oczy widoków ogromną
Rozmaitością, by przed zawichrzonym
Zmysłem w straszliwy, okrutny zapadać
Pomrok zgęszczonych wyziewów. I dalej,
Coraz to dalej ćma się ta rozszerza
I wokół pola zalewa. Las znika,
Posępnie, zwrotna zda się mroczny strumień
Toczyć swe fale przymglone. U góry,
W czasie południa, nawet słońce sieje
Słabe i tępe, łamiące się w okrąg
Smugi promieni i odzwierciedlając
W mgłach swoją tarczę, przeraża narody.
Wszystkie przedmioty jakby zamazane,
Snadź utraciły w posępnym powietrzu
Swą rzeczywistość: ogromnym pustkowiem
Kroczący pasterz wygląda tej chwili
Jak jakiś olbrzym. W końcu, w coraz węższe
Wciąż się skupiając kręgi, mgła powszechna,
Tam nie znająca, świat zalewa cały.
Ciemna, bezkształtna, nieprzebyta bryła
Przygniata wszystko, jak gdyby w tym czasie,
Gdy, według pieśni hebrajskiego barda,
Nie zgromadzone jeszcze razem światło

Pierwszą swą drogę torować poczęło
Przez mgły Chaosu i kiedy Porządek
Nie umiał jeszcze z niepewnego mroku
Wywieść na jasność swoje] lubej świty.
[......................]


BURZA ZIMOWA
[......................]
Burza z gwałtownym wybucha łoskotem
I, niby wały rzeki, pcha przed sobą
Kłęby powietrza. Na spokojne morze
Wali się jego przemoc, aby nagle,
Wrywszy się do dna, wywrócić do góry
Zmąconą głębię. Wskroś ponurej nocy,
Zalegającej okrąg, tysiącznymi
Zdają się palić ogniami szalone,
Na pył rozbite bałwany. Czasami
Góry tych wałów, z przeraźliwą wrzawą
Pnąc się w obłoki, z niesłychanym rykiem
Pękają potem, porywając z sobą
Statki, co w swoich przystaniach kotwice
Pozarzucały, a po niezmożonej,
Wyjącej morza przestrzeni szaleje
Straszna wichura; teraz wzdęta fala
To się wypręża ponad swoją miarę,
To się gwałtownie wdziera w tajemnicze
Komnaty głębi, a zaś mroźny Bałtyk
Grzmi przeraźliwie nad jej głową. Z bezdni
Znów wynurzywszy się potem, mknie naprzód,
Gnana przed siebie nie znającym granic
Oddechem Nieba, aż gdzieś na dalekim
Spocznie wybrzeżu, jeśli się na drobne

Nie strzaska bryzgi o jakowąś ostrą
Skałę lub jakąś zdradliwą mieliznę.

Niemniej potężnie władnie i na lądzie
Nawalna burza. Grzmią turnie; uparty
Huk jej do wnętrza skał wtłacza ich cienie.
Samotny, nocą kroczący wędrowiec
Traci już oddech, pcha się, osłupiały
I upadając częstokroć po drodze,
Przeciw wichurze. Głucho las smagany
Szumi i strząsa z siebie to, co jeszcze
Z zwiędłej zatrzymał chwały. I tak gnąe się,
Tak rozpraszając się, nieustającą
Szarpana wichru wściekłością, tak wlokąc
Olbrzymie kształty swoje po rozbitym
Lesie, uchodzi rozjuszona, wściekła
Ta nawałnica w doliny, porywa
Strzechy chat wiejskich albo dachy dworów
I tak, w swe wrogie wziąwszy je pazury,

Możnymi grodów wstrząsa posadami.
A naokoło tumu skał i turni
Szalejąc, dzika wdziera się kurniawa
Do jego wnętrza. Zaś wskroś brzemiennego,
Mówią, powietrza słychać długie jęki,
Chrapliwe głosy, dalekie wzdychania,
Które, pochodząc od demona nocy,
Przypominają nieszczęsnym straceńcom,
Ze śmierć przed sobą widzą i katusze.

Naokół władnie przeraźliwa wrzawa.
Obłoki łączą się razem z gwiazdami
I szybko z nimi płyną po przestworzach.
Trzęsie się cała Przyroda. Aż w końcu
Król tej Przyrody, częstokroć sam na sam
Przemieszkujący pośród mroków burzy
I na wichury rozszalałej skrzydłach
Pędzący przed się, nagle uroczystym
A groźnym krokiem przechadzać się pocznie
I nakazywać spokój i w te tropy
Cisza zalegnie niebo, ziemię, morze.

A teraz północ głęboka. Powoli
Ciężkie chmurzyska zlewają się w jedno
Z nieprzebytymi ciemnościami. Teraz,
Gdy utrudzony świat pogrążeń we śnie,
Dajcie mi złączyć się z powagą Nocy
I spokojnemu oddać się dumaniu.
Niech zrzucę z siebie troski dnia natrętne
I natarczywe niech odpędzę zmysły.

Gdzież wy, kłamliwe próżności żywota?
Ty oszukańczy, kuszący orszaku?
Gdzie wy jesteście i co wy znaczycie?
Plagi, zawody, wyrzuty sumienia!
Zanikające, smutne myśli! Przecież
Człek omamiony, tłumowisko dzikich,
Rozpraszających się zwidzeń i onych
Snów niespokojnych, zrywa się bez przerwy,
Aby, świeżymi pędzon nadziejami,
W przepaść się rzucać oszałamiającą.

Ojcze światłości i życia! Najwyższe
Dobro! O, uczże mnie, co znaczy dobro,
Ucz mnie, ty samo! Chroń mnie od szaleństwa,
Próżności grzechu, od pokus wszelakich,
Karmij mą duszę wiedzą i sumienia
Darz mnie spokojem, i prawdziwą cnotą,
Świętym, istotnym, nie więdnącym szczęściem.

Groźniejsza jawi się burza; od wschodu
Siniejącego i od przenikliwej
Idzie północy dymiący się obłok.
W jego ogromnym wnętrzu spoczywają

Na śnieg zgęszczone potopy wyziewów;
Ciężko się toczy ten ich świat suniasty,
Pod tłokiem wichru sposępniało niebo.
Teraz z cichego powietrza opada
Biała nawałność, wprzód się wahająca,
Ale wnet grube, ciężkie, nieustanne
Płaty śniegowe światłość dnia ściemniają,
Łany zimowym tulą się odzieniem
Najczystszej bieli; wszystko jest jasnością
Prócz tam, gdzie śniegi topnieją nad brzegiem
Krętego zdroju. Las na dół ugina
Swą oszadziałą głowę i nim jeszcze
Słońce zachodnie wyśle swe wieczorne,
Nikłe promienie, już oblicze ziemi,
Całkiem nakryte, skostniałe, wygląda
Na jedno wielkie, skrzące się pustkowie,
W którym, jak długie ono i szerokie,
Grzebią się wszystkie wysiłki człowieka.
Zmęczony trudem, stoi wół roboczy,
Pokryty śniegiem, czekając owoców
Swej ciężkiej pracy. Do tej pory srogiej
Nawykłe ptactwo niebieskie korzysta
Z chwili, gdzie w brogach przesiewają ziarna,
Ażeby drobnym nakarmić się darem,
Który Opatrzność mu przeznacza. Tylko
Rudzik, domowym poświęcony bóstwom,
Z tym poszarpanym liczący się niebem,
Ze smutnym polem i kolczastą gęstwiną,
Rzuca swe gniazdo zburzone i z swoją
Leci doroczną wizytą do ludzi.
Na pół zmarznięty - pocznie pukać w okno,
A potem żwawo pędzi do ogniska,
Potem wesoło skacze po podłodze,
Z uśmiechem w oku, patrzącym z ukosa,
Dziobie i stuka, i wielce się dziwi,
Gdzie jest, aż wreszcie, bardziej oswojony,
Ku okruszynom zwróci smukłe nóżki.
Zwierzyna, strawy pozbawiona, rzuca
Brunatne swoje przytuliska. Zając,
Choć trwożliwego serca i ścigany
Przez różny rodzaj śmierci, sidła, smycze,
A zaś najbardziej przez pozbawionego
Litości człeka, chroni się w ogrodzie,
Gnan niedostatkiem nie znającym strachu.
Oczami głuchej rozpaczy pełnymi
Patrzą jelenie na pobladłe niebo,
Potem na ziemię rozlśnioną, ażeby
Rozbiec się w końcu ze smutkiem i trawy
Szukać powiędłej pod kupami śniegu.

[......................]

Tłumaczenie: Jan Kasprowicz