Mkniemy drogą A9 na północ. Ot tak - przed siebie, oby jak najdalej. Poruszanie się po wyspie ma tę zaletę, że świat się drastycznie kurczy, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jego koniec, który maluje się jako coś szczególnego, jakby nagle znajdować miała się tam bezkresna przestrzeń, za którą już tylko nicość. Kiedy przed wyjazdem do Szkocji popatrzyłem na mapę kraju, od razu moje oczy skierowały się na odległą północ, wyszukując mistycznych miejsc, odległych granic, wysuniętych punktów. I gdyby na mapie ktoś zaznaczył, że w tym miejscu mieszkać będą smoki, a białogłowe księżniczki czekać tęsknie będą wybawienia, zamknięte w wysokich wieżach, umysł nie protestowałby, tylko przyjął wszystko naiwnie. I właśnie w tej naiwności, a może i wierze - mkniemy, w środku zimy, na północ Szkocji. Bez większego merytorycznego przygotowania, czego się tam tak naprawdę spodziewać. Nie wiemy nawet dokąd dotrzemy, na ile dzień, droga daleka i warunki na trasie nam pozwolą. Ale warunki, jak na razie, do pozazdroszczenia. Podobno w Polsce śnieg i mróz a tu - piękne słoneczko. Jesteśmy na wysokości trzechjezierza. Tak przynajmniej nazwałem prostą linię trzech malowniczych jezior - Loch Lochy, Loch Oich i Loch Ness. Byłem tutaj już kiedyś, co jednak nie przeszkadza mi zachwycać się ponownie. Woda i góry - jakże często przedstawiany to pejzaż, a jak niepowtarzalny w każdym ze swoich wydań. Naiwnie wierzę, że utrwalę w pamięci każdy fragment z tego co oglądam, że mózg zachowa się niczym kamera. Pomagam sobie niezliczoną ilością zdjęć. Ale i tak to co najważniejsze, zostanie gdzieś głęboko w środku. I nigdy nie uda mi się tego wyrazić ani za pomocą fotografii, ani za pomocą słów.

Z trójki jezior Loch Lochy uważam za najpiękniejsze. Jest wystarczająco duże (choć znacznie mniejsze od Loch Ness), by zachwycić swymi rozmiarami, by zagubić w kalkulowaniu przestrzeni, gdy patrzy się wzdłuż jeziora. Najważniejsze jest jednak otoczenie. Góry są tu najwyższe. Chronią swe milczące głowy pod niewielkimi, śnieżnymi czapami. Zimują, czekając pachnącej krokusami wiosny. Poniżej idealnej bieli śniegu, brunatne bezkresy śpiących wrzosów. Prawie nie ma tu odsłoniętych, nagich skał. Góry przyodziane w swój majestatyczny, wrzosowy kubraczek, przeglądają się w lustrze jeziora, ku uciesze maluczkich, kruchych istot, próbujących utrwalić to misterium na błonach fotograficznych. Osławione Loch Ness to także piękne jezioro, porażające swym ogromem, długością, stromością brzegów, no i urokliwymi, tajemniczymi ruinami zamku Urquhart. Jednak otaczające jezioro niewysokie wzgórza, pozbawiają je majestatu, jakim z pewnością obdarzone jest Loch Lochy. Najprościej byłoby chyba potraktować trójjezierze jako jedno jezioro. Ten prosty zabieg pozwoli zaprzestać stopniowania, wybierania, oceniania. A ponieważ jeziora łączą szerokie kanały, myślę, że zabieg ten może być całkiem usprawiedliwiony.

Iverness. Największe miasto północy. Są na świecie miejsca urzekające, których opiewanie trwać będzie zawsze i nigdy się nie znudzi. Są też miejsca-cienie. Mroczne światy, trwożnie opisane przez posępnych poetów. Zdarzają się jednak, niestety, miejsca, których istnienie może lepiej zwyczajnie pominąc, w których ciągle siąpi mżawka nudy i nieciekawości. Nie będę pisał o Iverness...

Jedynie most, przez który można uciec z tego miasta szarości, może dostarczyć emocji. Jedynie ucieczka z tego miasta szarości może dostarczyć emocji - most Kolejny szkocki most wznoszący się na imponującej długości ponad wodami zatoki. Mamy Forth Road Bridge i Kinkardine Bridge - ponad zatoką Firth of Forth. Tay Bridge - ponad Firth of Tay. No i nasz, kolejny "pokonany" - ponad wodami zatoki Beauly. Przejeżdżając go, mamy dokładną możliwość przyjrzenia się potędze myśli konstrukcyjnej oraz objęcia z góry wzrokiem widoków na malowniczą zatokę. Nie zawsze stanie w korku musi być utrapieniem.

Przejazd przez most to także przekroczenie pewnej mistycznej granicy - to wjazd w północną część kraju, zwężającą się drastycznie właśnie od tego miejsca. By dodać atmosfery niesamowitości, wita nas tęcza. Przyjmujemy ją radośnie i podziwiamy intensywne kolory, kontrastujące z jednolitą barwą Morza Północnego. Jednak kilkaset kilometrów dalej a także przez znaczną część następnego dnia, będziemy mówić, że tęcza nas prześladuje. Okazała się bowiem być nieodzownym elementem krajobrazu podczas naszej włóczęgi. Mkniemy więc wzdłuż wschodniego wybrzeża na północ, prześladowani przez tęczę.

Szkocja wydaje się być wymarzonym miejscem dla jednodniowych, czy weekendowych wycieczkowiczów. Odległości nie są tu zbyt znaczne, a gęstość nagromadzenia przeróżnych atrakcji wręcz przytłaczająca. No bo czy można w Polsce i pewnie w wielu innych krajach, zobaczyć w ciągu jednego dnia kilka zamków, podziwiać wzburzone morskie fale i majestatyczne górskie szczyty? I choć to ekspresowe zwiedzanie, często wyłącznie przez szyby samochodu, ma wiele minusów, to jednak można się napatrzeć. Napatrzeć i napatrzeć. Choćby na zapas. Jednak gdyby dysponować dużą ilością czasu, gdyby nie trzeba było, jak to w moim przypadku, ograniczać się do krótkiej, sobotnio-niedzielnej włóczęgi, Szkocja potrafi uraczyć włóczykija swoją otwartą gościnnością. Bo nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć plecak i pójść przed siebie. By rozbić namiot w znalezionych dla siebie królestwach. By zniknąć dla cywilizacji, uciec od zabiegania i zatracić się na bezdrożach. Bez drogowskazów, bez nakazów, szlaków i konieczności korzystania z pól namiotowych. Smak wolności, wzbogacony smakiem herbaty z metalowego kubka przy wieczornym odpoczynku. Obawiam się jedynie, że te sielankowe wizje może zakłócić natłok turystów żądnych takich właśnie wrażeń, którzy z pewnością nadciągają tu tłumnie ze wszystkich stron w letnim sezonie. Wierzę, że kiedyś tu wrócę w takim charakterze. Jednak wiosną. Pachnąca, słoneczną, odludną...

Zamek Dunrobin w okolicach Golspie. Bajkowa, XVIII-wieczna budowla wyłaniająca się z niebytu, wpatrzona w otchłań morza. Przestrzeń pomiędzy nieogarnionym bezkresem fal i dumnym majestatem murów wypełnia śliczny, doskonale zadbany, ogród, wciśnięty w to miejsce niczym świadectwo nierealności. Tym większe, gdy spojrzy się na kwitnące kwiaty pośród perfekcyjnie przystrzyżonych klombów i uświadomi sobie swe geograficzne położenie oraz porę roku. Na trawnikach wszędzie kwitną przebiśniegi. Jest dwa dni przed dniem kobiet. Koledzy z Węgier, moi towarzysze wyprawy, opowiadają, że w ich kraju wyłącznie te drobniutkie kwiatki wręcza się niewiastom w dniu ich święta. Nie możemy zwiedzić zamku od wewnątrz, jednak jego architektura, pobliski ogród i wspaniała lokalizacja dają pełnię satysfakcji.

Od tego miejsca droga biegnie na ogół w dużej bliskości morza. Pnie się serpentynami na trawiaste wzgórza, czasem dość wysokie, choć nie na tyle, by dało się z nich zajrzeć poza horyzont, by znowu uciekać stromo w dół, na łeb, na szyję, wprost ku rozbijającym się o brzeg falom. Będąc kierowcą nie można się tu nudzić. I tak aż do Wick - jednego z większych, jeśli nie największego miasteczka dalekiej północy. Nie mamy czasu go zwiedzić. Zbliżający się zachód słońca każe nam spieszyć do zaplanowanego miejsca - zamku Girnigoe. Można zwątpić w chęci zobaczenia zamczyska, gdy niepewna droga przechodzi nagle w polny gościniec, kończy się dzień, a z nieba zaczynają spadać strumienie deszczu. I chyba tylko świadomość przejechanych kilometrów pcha do przodu. O wdzięczny ci jestem nadziejo, która nie pozwoliłaś zawrócić! Zatrzymawszy się u końca wszelkich możliwych dróg, pośród pól i płotów, początkowo znajdujemy jedynie lichą pogodę. Potem, majaczące w oddali jakieś ruiny. Dotarcie do nich wymaga jednak sforsowania płotu i wkroczenia na czyjeś pole. Idziemy. W deszczu i błocie, choć pogoda stopniowo poprawia się. Ostatnie kroki przed dotarciem do zamku są jednak już zdecydowane, pewne. Wspaniałe klify, groźne strome skały w huku fal stawiające opór morzu, stojący na krawędzi zamek i ta dzikość miejsca! Tu chciałem przyjechać!

Śmiało można powiedzieć, że większość szkockich zamków to w rzeczywistości ruiny. Mają swój urok, tworzą specyficzna atmosferę, pozwalają działać wyobraźni. Jednak miejsca te, to przede wszystkim atrakcje turystyczne. Dojeżdżasz oznakowaną drogą, kupujesz bilet i jakąś broszurkę. Zamek Girnigoe pozostawiony jest sam sobie, na pohybel światu tkwi nierealnie na urwistym brzegu. Pobyt pośród jego zniszczonych murów pozwala poczuć potęgę czasu oraz siły ludzkich rąk. Nie sposób nie uciec wyobrażeniami daleko w przeszłość. Nie sposób nie poczuć miłego dreszczyku grozy. Mój ukochany szkocki zamek - Tantallon, ma te wszystkie cechy, jednak jest turystycznym obiektem. I to chętnie odwiedzanym. Nasza samotność tutaj, przy zachodzącym słońcu, przy niesfornej pogodzie, przy świadomości bycia na jakimś krańcu, każe czuć respekt. Jesteśmy intruzami, którym świat jednak dał łaskę odkrycia swej tajemnicy. A może to tylko nadchodzący mrok tworzy tę atmosferę? Nie wiem. Jeśli nawet to miejsce wygląda zupełnie inaczej w ciepły, letni dzień, nawet jeśli ciągną tu grupki spacerowiczów z Wick, to ja pozostawię go w swoich wyobrażeniach właśnie takim - posępną bramą do świata nicości. I zostawię właściwie wyłącznie w pamięci. Zdjęcia zrobione mokrym obiektywem wyszły, delikatnie powiedziawszy, nie najlepiej.

Jeśli chce się podczas jednego, dwóch dni, zobaczyć tak dużo, największym wrogim stają się czas i mrok. I nie da się ich pokonać. Przegrani w tej nierównej potyczce, wąską drogą docieramy do Thurso w poszukiwaniu noclegu. Łatwość z jaką go znajdujemy (jedno pytanie na pierwszej stacji benzynowej), każą uzmysłowić sobie ruch turystyczny latem. Rzeczywiście w okolicy nie brak popularnych Bed and Breakfast - tanich kwater prywatnych.

Nie pozwalamy sobie na przespanie dnia, na ucieczkę potrzebnych nam godzin. O wschodzie słońca jesteśmy już w Dunnet Head - najbardziej wysuniętym na północ krańcu głównego szkockiego lądu. Dalej już tylko Orkady i Szetlandy. Dunnet Head to wąski, wysoki półwysep. Stojąc na jego, liczącym ponad sto metrów, szczycie, można podziwiać oblewające go z trzech stron morze. Jego łagodne fale w zatoce, nad którą nisko zwisają kolorowe chmury, pomalowane światłem wschodzącego słońca. Jego wzburzony żywioł od północy. Są tu jedne z najwyższych klifów w Szkocji. Nad głowami szybują krzykliwe panie tych stron - ogromne mewy. Całości dopełnia widok samotnej, smaganej wiatrami latarni morskiej. Tak - to miejsce naprawdę można nazwać końcem świata. Gdyby wychylić się, stojąc na krawędzi wysokiego klifu i spojrzeć mocno w dół, można by pewnie ujrzeć słonie i żółwie na których spoczywa ziemski dysk.

Nie mogę już więcej pisać, że jedziemy na północ. Mamy tylko samochód i to bez opon zimowych, a nie jakąś przydatną w tej sytuacji amfibię. Wzdłuż północnego brzegu, oczywiście wciąż prześladowani tęczą, mkniemy na zachód. Drogi w tych stronach oznaczone są na mapie jako "under construction". Jazda nimi dostarcza wiele frajdy. Są to nienajlepszej jakości asfaltowe dróżki o szerokości jednego samochodu. Jedynie od czasu do czasu, z lewej lub prawej strony, pojawiają się małe zatoczki - "mijanki". Nie mamy jednak prawie z kim się mijać. Tutejsze miejscowości są rozsiane dość rzadko i głównie składają się z zaledwie kilku zabudowań. Ruchu turystycznego jeszcze nie ma, a lokalni mieszkańcy pewnie wciąż drzemią smacznie w łóżeczkach, przesypiając niedzielny poranek.

W wyobrażeniach moich, odległa północ była niegościnnym miejscem, odległym, szarym pustkowiem. Tymczasem to co tu zobaczyłem, przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Liczne jeziora i zatoczki otoczone są bowiem wysokimi, jak na Szkocję, górami, często przekraczającymi 900m npm. Właściwie trudno tu nie być w górach. Prawdziwą atrakcją staje się piaszczysta plaża, raczej rzadkość w tych klifowych stronach. Pod wpływem szaleństwa i nastroju chwili, zaznaczam swą obecność w tym miejscu, nietrwałym jak jak ludzki los, napisem na piasku.

Zazdroszczę ludziom, którzy tu mieszkają. Mocno rozproszone farmy robią wrażenie małych prywatnych światów. Czas tutaj też chyba płynie wolniej i można funkcjonować bez tej ciągłej cywilizacyjnej zadyszki. Gdy spostrzegamy, zjeżdżając akurat ze wzgórza, dom wybudowany na środku wysepki na rozległym jeziorze, otoczonym malowniczymi górami i wrzosowiskami, wydaje mi się, że mógłbym uspokoić swoją włóczykijską naturę i pozostać w takim miejscu. Choćby na zawsze.

Najważniejsze atrakcje jednak dopiero przed nami. Nikt z nas nie widział wcześniej oceanu i oto udaje się nam go osiągnąć, dotknąć, poczuć. Jest zima, geograficznie znajdujemy się dalej na północ niż Moskwa i oto stajemy, w krótkich rękawkach, nad brzegiem wodnego bezkresu, który drzemie słodko, bez szumu, bez najmniejszej fali. Zaskakująco wysoką temperaturę i spokój zawdzięczamy ciepłemu prądowi morskiemu. Jedynie obsypane wyrzuconymi przez Atlantyk wodorostami wybrzeże, mówi nam, że ten śpiący olbrzym potrafi się czasem przebudzić i nie mieć dobrego humoru. Spacerujemy po okolicznych pagórkach, podziwiając, kontemplując. Bliskość wody potrafi koić. W takim miejscu można by po prostu być, zatrzymać się na dłużej, pomyśleć lub zwyczajnie patrzeć przed siebie. Po drugiej stronie niewielkiej zatoczki, przy której się zatrzymaliśmy, wysoki brzeg urozmaicają strome skały, które kształtem układają się w ciąg posępnych twarzy. Tysiącletni myśliciele wpatrzeni w niewidoczny punkt na horyzoncie, wyczekują nadziei.

Zachodnie wybrzeże okazuje się być kwintesencją piękna szkockich krajobrazów. W zachwytach nad dziełem natury pomaga nam pogoda, rozświetlając pejzaże radosnym słońcem. Jedziemy wśród uroczych gór, niekończących się wrzosowisk, strumyków i jezior. Miejscowości, czy nawet pojedyncze zabudowania, występują tu chyba jeszcze rzadziej niż na absolutnej północy. Więc gdy spotykamy, stojącą przy szosie, włochatą szkocką krówkę, witamy ją jak starą znajomą, obfotografowując bezlitośnie.

Nie mogę tu nie napisać, choć chyba trudno będzie to zobrazować, o pewnym optycznym fenomenie, na który zwróciłem uwagę zaraz po przyjeździe do Szkocji i który przez wszystkie miesiące mego pobytu tutaj, zawsze zauroczony podziwiałem. W niektóre słoneczne dni, światło jest bardzo intensywne i powoduje, że wysycenie kolorów, zwłaszcza zieleni, jest wręcz nierealne. Do tego błękit nieba jest często bardzo ciemny, co powoduje złudzenie (gdy stoi się tyłem do słońca), że otaczające nas wzgórza, trawy, świecą, są jaśniejsze od nieba. Wszystko to wygląda, jak świat oglądany przez filtr polaryzacyjny. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką intensywnością barw w naturze, z takim nieopisywalnym efektem świetlnym.

Przeczytałem dwa ostatnie akapity. Jakże ubogi jest świat słów (a może tylko mój?), gdy chodzi o przedstawianie piękna krajobrazu! W myślach, przed oczyma, przewija się tyle miejsc, tyle charakterystycznych kształtem gór, a ja mogłem napisać jedynie o krówce i zacząć nieudolne rozważania na temat szkockiego światła. Nie można zobaczyć świata w biegu. Nasz umysł, nasza umiejętność opisu, nasze skupienie się, zawsze będzie uciekać w kierunku detali, wyjątków. Północny-zachód jest zdecydowanie najpiękniejszym krajobrazowo miejscem, jakie widziałem w Szkocji. Jednak próbując o nim pisać tylko po pobieżnym poznaniu go, po objęciu wzrokiem przez okna samochodu, mogę skupić się jedynie na rozczochranej czuprynie przydrożnej krówki. I pozostaje mi liczyć na to, że Czytelnik uwierzy mi na oklepany zwrot "najpiękniejsze miejsce" i zawita tu kiedyś, by naocznie się o tym przekonać.

Dojeżdżamy do dość dużego miasta Ullapool położonego nad brzegiem rozległego jeziora Loch Broom. To już trochę inny świat, choć życie jakby dalej snuło się tu dość leniwie. Zajadając obiadek pozwalamy sobie na werbalizację emocji i zastanawiamy się, dokąd jeszcze tego dnia uda nam się dotrzeć, w ucieczce przed ścigającym nas czasem. Rozsądnym byłoby, patrząc na pozostały dystans, powrócić najkrótszą drogą do domu, jednak starcza nam szaleństwa, by spróbować dotrzeć do Eilean Donan Castle, leżącego (w uproszczeniu) pomiędzy wyspą Isle of Skye a Fort William. Droga do zamku, z czasowej konieczności pozbawiona przystanków, to cud górskich widoków. Ponownie zbliżamy się w rejon najwyższych szkockich szczytów i trudno mi już stopniować. Wszystkie widoki tego dnia mogłyby rywalizować ze sobą o palmę pierwszeństwa.

W czerwonym świetle zachodzącego słońca dojeżdżamy do wioseczki Ardelve i Eilean Donan Castle. Zamek ten znany jest na pewno wszystkim miłośnikom filmu "Nieśmiertelny" (The Highlander). Stoi na niewielkiej wysepce w miejscu połączenia jezior Loch Alsh, Loch Duich i Loch Long, a do jego warownych murów prowadzi charakterystyczny i bardzo spektakularny mostek. Nie udaje nam się dotrzeć tu w godzinach otwarcia zamku, jednak sama możliwość obejścia go dookoła, popatrzenia nań, wydaje się być wystarczająca. Kolejne miejsce, z którego nie chciałoby się uciekać. Przynajmniej nie tak szybko. Zamieszkać w tym uroczym zamczysku. Codziennie rano spoglądać sponad oparów nad jeziorem na liczne szczyty i wybierać coraz to kolejny, na który można by się wdrapać. Marzenia...

Wyczekujemy zachodu słońca, by w jego barwnym świetle uwiecznić na zdjęciach zamek, jezioro i góry. Pozostaje powrót do domu. Nocą, miast tęczy, prześladuje nas ciekawskie oko wielkiego Księżyca. Jest prawie północ, gdy docieramy do Dunfermline. W dwa dni przejechaliśmy ponad 1250km. Można by się sprzeczać, czy tego typu zwiedzanie, na czas, na ilość, ma jakikolwiek sens. Z pewnością nie poznaliśmy tych, jakże istotnych, najważniejszych wręcz, elementów - nie wiemy jak żyją ludzie na północy, kim są, nie poznaliśmy żadnej historii wybranego skrawka tej krainy. Zobaczyliśmy. Na tyle było czasu, na tyle pozwolił nam los. Gdyby nie trzeba było wybierać i wracać do nie zawsze chcianej rzeczywistości, wyjazd ten byłby z pewnością inny. To co osiągnęliśmy, było zaledwie muśnięciem, zwiadem, ale także olbrzymią dawką emocji i solidnym naładowaniem wewnętrznych akumulatorów. Nie będę się długo zastanawiał, gdy los kiedyś da mi możliwość powrócenia do północno-zachodniej Szkocji. Bo wiem, że jedno zadanie mam do odrobienia, że muszę kiedyś zagubić się na tamtejszych bezdrożach. Samotnie, z plecakiem, na sobie tylko znanej drodze przed siebie. Ale o tym już w innej relacji, oby jak najszybciej....

David de Rosier