PIEŚNI OSJANA

DO SŁOŃCA
[...................]
Ty, co się toczysz jak mych ojców tarcza,
Kto tobie wiecznie promieni dostarcza?
Ty gdy wystąpisz w złotej koronie,
Gwiazdy pokryją się w niebie,
A księżyc zimny i blady
Spuszcza się w zachód uchodząc sprzed ciebie,
A ty sam idziesz, własnymi ślady,
I nikt nie zdąży w biegu obok ciebie.

Walą się dęby ze skały,
Góra w płaszczyznę się mieni,
Morze napiętrza i zniża wały,
Księżyc się nawet gubi w przestrzeni:
Ty zawsze jedno, wspaniale
Występujesz w twojej chwale.
Gdy ziemia w chmurach się nurza,
Kiedy grzmi piorun i błyska wysoko,
Ty przez obłok rzucisz oko,
Wnet pierzcha wyśmiana burza.

Lecz ach! na próżno patrzysz w Ossyjana!
Już on nie widzi twojego przechodu;
Czy włos roztaczasz na obłokach z rana,
Czy drżysz u bramy zachodu.

Lecz i ty może ostatniego roku
Skończysz twój zawód podobnie do ludzi:
Zaśniesz na twoim obłoku,
Głuche na ranek, co ciebie obudzi.

Ciesz się młodością, póki służy siła,
Bo starość ciemna, niemiła,

Jest jako księżyc, gdy z góry
Przez rozdarte patrzy chmury.
Kiedy wiatr wzgórza osiada,
A wiatr północny krąży w dąbrowie,
Błędny wędrowiec w połowie
Zaczętej drogi upada.


PIEŚNI SELMSKIE

Gwiazdo zapadającej nocy!
Piękne jest światło twoje na zachodzie!
Rozwiany włos swój podnosisz z obłoku.
Wspaniałymi kroki stąpasz po swoim wzgórzu.
Dlaczego rozglądasz się po równinie?
Wiatry burzliwe ucichły.
Szmer potoku nadchodzi z daleka.
Wały szumiące wspinają się na odległą turnię.
Muchy wieczorne na słabych kołują skrzydłach,
a pobrzęk ich lotu słychać nad łanem.
Za czym się oglądasz, słabe ty światło?
Ale ty się uśmiechasz i znikasz.
Z radością otaczają cię fale i kąpią rozkoszny twój włos.
Żegnaj, milczący promieniu!
Wzbudź światło w duszy Osjana!...
I wstało w swej mocy.
Widziałem moich przyjaciół, którzy odeszli.
Zgromadzili się na Lorze, jak za dni, co minęły.
Fingal nadchodzi niby wilgotny słup mgły; naokół zaś jego woje.
Patrz! Są i bardowie pieśni: Ullin siwowłosy i okazały
Ryno; Alpin melodyjny i Minona z skargą przecichą.
O, jakżeście się zmienili, wy moje druhy, od czasu
biesiadnych dni w Selmie, gdyśmy ścigali się
z sobą jak wiewy wiosenne, które, wzlatując
nad pagórkami, uginają, jeden po drugim, rozszeptane trawy.
Minona wystąpiła w swojej piękności, z nachylonym
spojrzeniem i łez pełnym okiem; głos jej
łagodnie rozwiewał się za podmuchem wiatru,
który od czasu do czasu zaszeleścił od wzgórza.
Zasmuciły się dusze bohaterów, gdy ona dźwięczny
podniosła głos, albowiem często widywali grób
Salgara i ciemny schron Kolmy białopierśnej.
Kolma została sama na wzgórzu z pełnym muzyki
głosem. Salgar obiecał, że przyjdzie, ale naokół spłynęła noc.
Słuchajcie głosu Kolmy siedzącej samotnie na wzgórzu.
Noc; a ja samotna, opuszczona na wzgórzu burzy.
Wiatr słychać w turniach.
Z hukiem spada siklawa ze skał.
Przed deszczem żaden nie chroni mnie dach.
Opuszczona jestem na wzgórzu wichrów.
Wstań, księży cu, z swoich obłoków!
Wiedźże mnie, światło jakowe, na miejsce, gdzie miły
mój spoczywa po łowach; przy nim łuk nie
naciągnięty, naokół niego psy skowyczące.
Lecz ja tu muszę siedzieć na wzgórzu, na skale
omszałego potoku.
Szumi potok i wiatr; nie mogę słyszeć słowa miłośnika.
Dlaczego zwleka mój Salgar?
Gdzież obietnica syna wzgórza?
Tutaj jest skała, tu drzewo, a tutaj potok szumiący.
Obiecałeś być tutaj z nocą.
Ach! Dokąd poszedł mój Salgar?
Z tobą chciałam odbiec ojca, z tobą dumnego brata.
Rody nasze już od dawna sobie wrogie, lecz my nie
jesteśmy wrogami, Salgarze!
Przestań na chwilę, o wietrze, i ucisz się na chwilę, ty zdroju.
Niech głos mój rozlega się po wrzosach; niech mnie
usłyszy mój wędrownik.
Salgarze! To ja ciebie wołam.
Tutaj jest drzewo i skała.
Salgarze mój luby! Ja tutaj jestem.
Dlaczego zwlekasz tak z przyjściem?
Patrz! Księżyc się jawi.
Potok rozlewa się po dolinie.
Skały szarzeją na obliczu gór.
Ale ja go nie widzę na wierchu; psy jego nie oznajmiają, że idzie.
Siedzieć tu muszę samotna.
Lecz któż tam leży przede mną na wrzosach?
Czy to mój miły i brat mój?
Przemówcie do mnie, o moi przyjaciele!
Nie odpowiadają.
Trwoga szarpie mą duszą,
Ach! Umarli!
Ich miecze czerwone od walki.
O mój bracie! mój bracie! Dlaczegoś zabił mojego Salgara?
Dlaczegoś zabił mojego brata, Salgarze?
Obaj byliście mi drodzy; cóż ja na cześć waszą powiem?
Piękny byłeś na wzgórzu między tysiącami, on straszliwy był w walce.
Przemówcie do mnie, usłyszcie mój głos, synowie mojej miłości!
Ale, niestety! milczą, milczą na wieki! Zimna jak glina ich pierś!
O, ze skał wzgórza, z wierchu turni Wietrznej
przemówcie, druhowie pomarłych, ja się nie zlęknę.
Dokąd poszliście na spoczynek?
W jakiej odnajdę was grocie wzgórza?
Żaden głos słaby na wietrze, żadnej odpowiedzi, co by
przez pół się gubiła, ponad nawałnic na wzgórzu.
Siedzę w swym smutku. W łzach oczekuję poranku.
Wznieście grób, przyjaciele umarłych; ale go nie
zamykajcie, dopóki Kolma nie przyjdzie.
Życie moje uchodzi jak sen.
Po cóż bym miała zostać tu dłużej?
Tutaj ja spocznę z mymi przyjaciółmi przy tym
potoku skały dźwięczącej.
Gdy noc się zjawi na wzgórzu; gdy wiatr będzie wiał
na wrzosisku, duch mój stać będzie
w wichrze i opłakiwać śmierć mych
przyjaciół.
Łowca usłyszy mnie w swym schronie, będzie się bał
mego głosu, przecież go będzie miłował.
Albowiem słodki będzie mój głos dla
przyjaciół, jako że obaj byli mi drodzy.
Taki był śpiew twój, Minono, łagodnie rumieniąca się
córko Tormana.
Łzy pociekły nam za Kolmą i smutne były nasze dusze.
Ullin wystąpił z harfą i dał nam pieśń o Alpinie.
Miły był głos Alpina; dusza Ryna ognisku była
promieniem. Ale w ciasnym spoczęli domu
i głosu ich nie słyszano w Selmie.
Ullin wrócił pewnego dnia z łowów, nim padli wujowie.
Słyszał zawody ich na wzgórzu; cicha była
ich pieśń, ale smutna. Opłakiwali upadek
Morara, pierwszego z mężów śmiertelnych.
Dusza jego była jak dusza Fingala, miecz jego jak
miecz Oskara. Lecz ten padł, a ojciec
żurował po nim, zaś oczy jego siostry pełne
były łez.
Leź były pełne oczy Minony, siostry wozowładnego
Morara. Ustąpiła przed pieśnią Ullina jak
księżyc na zachodzie, przewidujący deszcz
i głowę skrywający w chmurze.
Uderzyłem w harfę razem z Ullinem i śpiew się
rozpoczął żałobny.
[...................]


FINGAL

DUMA III
[...................]
Jako duch wiatru, co w Morwenie leci,
Kiedy się grzmotem chmury wzajem sparły,
Tak się obadwa wojska razem starły.
Wpadł Fingal w hufce i mieczem śmierć miota,
Jak duch Trenmora, co dęby druzgota:
Widziałem rękę twoją zakrwawioną,
Ojcze kochany! a blask miecza łono
Straszliwe czynił; wzmagały się boje,
Kiedyś przypomniał dawne dzieła twoje.
Ryno waleczny, z tobą Fillan leci,
I jam był w gronie twoich miłych dzieci.
Skoro miecz ojca w oczach naszych błysnął,
Każdy grot żartko na Loklińców cisnął,
Za każdym jego wrzał duch we mnie giestem.
Nie takim byłem, jakim teraz jestem,
Posępna starość sił wówczas nie starła
Ani krew w żyłach była wpółumarła.
Siwizna, jak dziś, włosów nie osiadła
I mgła ślepoty na oczy nie padła.

Któż by pobitych rycerzów zrachował,
Których Fingala oręż piorunował?
Póki ciemności świata nie okryły,
Jęki po jękach doliny głosiły,
Pierzchali w zawód Loklińcy wybledli.

Myśmy nad rzeką Lubarą osiedli.
Zabrzmiały arfy, a Bardy śpiewały,
Słuchał ich pieśni Fingal okazały,
Dumał, ochłonął i już się nie gniewał,
Wiatr jego włosy siwymi powiewał,
Stał przy nim Oskar, Oskar mój kochany,
A całodziennym bojem zmordowany,
Wsparł się na mieczu, oczy w dziada wlepił
I tym widokiem duszę swoją krzepił.
[...................]


Tłumaczenia: Do Słońca: Kazimierz Brodziński, Pieśni selmskie: Jan Kasprowicz, Fingal: Ignacy Krasicki