15 grudnia 2003

Wreszcie wyczekiwany weekend i możliwość małej włóczęgi. Na pohybel prognozom pogody wstajemy wcześnie rano i ruszamy autostradą w kierunku Perth na północ. Na razie mamy kilka planów alternatywnych, w zależności od pogody, jednak jeden - główny, z którego wewnętrznie nikt nie zamierza rezygnować - Loch Ness i okolice. To dość odległa wyprawa jak na jednodniową wycieczkę samochodem, choćby dlatego lepiej byłoby mieć zagwarantowaną pogodę, jednak chyba nie można o czymś takim marzyć w Szkocji, zwłaszcza w grudniu.

Nie zamierzamy też rezygnować z atrakcji na trasie. Kilkanaście mil za Pitlochry, skręcamy do niewielkiego miasteczka Blair Atholl, by zobaczyć tutejszy zamek. Niestety zatrzymuje nas pokaźna, kuta brama ze smutnym napisem closed. Zamek o tej porze roku jest czynny, jednak nie w niedzielę przed dziewiątą rano. Przez bramę i wysoki mur nie widać nawet zamku z oddali. Odjeżdżamy, szukając jakiejś bocznej dróżki, która mogłaby prowadzić w takie okolice zamku, by dało się go w ogóle zobaczyć. Znajdujemy polną drogę, wjeżdżamy w nią i po chwili... znajdujemy się dokładnie po drugiej stronie bramy. Wygodnym gościńcem dojeżdżamy wprost pod senny jeszcze zamek...

Budowla jest duża, jednak jak na warunki szkockie za ładna i za nowa. Nieskazitelnie białe i pozbawione oznak czasu mury wyglądają wręcz nierealnie. Jednak to wszystko to tylko wrażenie, bowiem w rzeczywistości jest to stara, trzynastowieczna warownia, będąca świadkiem ważnych wydarzeń historycznych. Jej wnętrze udostępnione jest do zwiedzania i zawiera podobno bogaty zbiór eksponatów. Równie bogato zostały zagospodarowane okolice zamku, poprzez liczne ogrody, trasy dla konnej jazdy i wybiegi dla saren i słynnych szkockich, włochatych krów, które teraz uważnie przyglądały się naszemu nielegalnemu wkroczeniu na dziedziniec.

Zamek to nie tylko muzeum. Ród Atholl nie wygasł i jego potomkowie do dzisiaj panują w okolicy. Książę Atholl jako jedyny w Zjednoczonym Królestwie ma obecnie prawo (nadane w XIX w przez królową Wiktorię) do posiadania własnej armii (Atholl Highlanders). W sezonie można ponoć często spotkać jej reprezentantów grających przed zamkiem na dudach. My jednak, bacząc by nas nikt nie przyuważył, robimy kilka zdjęć i grzecznie zmykamy z zamkowego dziedzińca.

Następny dłuższy przystanek robimy dopiero daleko na północy, po drodze, jedynie przez okna samochodu, podziwiając wzgórza ciągnące się wzdłuż drogi A9. W okolicach wcinającej się mocno w głąb ląd zatoki Moray Firth, skręcamy na wschód do malowniczej wioski Cawdor. Czytelnicy kojarzący tę nazwę z Makbetem słusznie dedukują, choć niemożliwym jest, by znajdujący się tu zamek miał jakiś związek z opisaną w dramacie historią, jest bowiem zbyt młody - pochodzi z początków XIV wieku. To jednak z pewnością nie ujmuje mu piękna. Zamek jest bardzo zadbany i odnowiony, a jego architektura nie jest w żaden sposób surowa. Nie brak tu licznych zdobnych wieżyczek i flanków, fosy i zwodzonego mostu. Równie ciekawie przedstawiają się podobno wnętrza zamku, jego lochy i ukryte przejścia a także ciekawe zbiory eksponatów. Niestety, zamek poza sezonem jest zamknięty i nasze podejście do jego podnóży, by go obejrzeć i sfotografować z zewnątrz, było już pewnym wykroczeniem.

Odjeżdżamy z Cawdoru w kierunku Inverness. Po drodze próbujemy zobaczyć zamki Kilravock (zamknięty poza sezonem) i Stuart (okazuje się być prywatną, przepiękną posiadłością). Szkoda że kończy się tylko na próbach.

Inverness to jedno z największych miast północy kraju, leżące na brzegach zatoki Moray Firth, w niewielkim oddaleniu od północnego krańca Loch Ness. Miasto jest nazbyt duże, by zachować romantyczny szkocki klimat, a średniowieczna starówka, bogata w piękne kamienice, w drażniący sposób przeplata się z nowoczesną architekturą. Tym nie mniej warto się przespacerować wąskimi uliczkami, lub spojrzeć, najlepiej z mostów nad rzeką Ness, na królujący na wzgórzu pokaźny zamek. Największe atrakcje miasta znajdują się w odległości niewielkiego spaceru, w okolicach zamku i rzeki. Obecna warownia jest stosunkowo młoda i w większości została pobudowana dopiero w XIX wieku. Zamek który stał tu wcześniej (zniszczony w XVIII w. przez Jakobitów) nierozerwalnie łączył się z najważniejszymi scenami szekspirowskiego Makbeta. To właśnie tutaj główny bohater miał zamordować Duncana, stojącego mu na drodze do tronu.

Czas jednak ruszyć kierunku upragnionego Loch Ness. Kiedy docieramy do jego brzegów, pogoda, która tego dnia potrafiła nam płatać figle i straszyć momentami ulewą, rozpromienia się i wita nas mieniącym się słońcem odbijającym się w toni jeziora. Od pierwszych spojrzeń na Loch Ness można zrozumieć, że wcale nie potrzeba mu sławy ukrywającego się w głębinach potwora, by uczynić je szczególnie wartym zobaczenia. Co kilka mil zatrzymujemy samochód przy, na ogół stromym, brzegu, by móc zrobić kolejne zdjęcia i podziwiać wspaniałe widoki. Kiedy, mniej więcej w połowie długości jeziora, docieramy do leżącego tuż przy brzegu, zamku Urquhart Castle, jesteśmy wprost oczarowani.

Tym razem mamy więcej szczęścia - zamek jest otwarty i bez protestu płacimy 5,50 funta za bilety. Od razu rzuca się w oczy infrastruktura - sklepik z licznymi pamiątkami, muzeum, olbrzymi parking, świadczą o z pewnością poważnym natłoku turystów w sezonie. Nawet teraz nie braknie, co prawda nielicznych, amatorów eksploracji starych murów. Zamek jest w solidnej ruinie (został podpalony w XVII wieku w obawie, iż zostanie zajęty przez Jakobitów), jednak widok z niewysokiej wieży, stojącej na skale tuż nad wodami jeziora, jest zapewne jednym z piękniejszych miejsc do podziwiania uroku Loch Ness i wypatrywania słynnej bestii o której niektóre legendy liczą już sobie ponad tysiąc lat.

Gdy mkniemy dalej, w kierunku południowego krańca jeziora, kończący się dzień urzeka nas rewelacyjną grą świateł. Zachodzące pomarańczowe słońce, rozprasza się wspaniale swym kolorem w unoszącej się nad wodami Loch Ness mgle. Na dodatek na chwilę pojawia się tęcza wyrastająca wprost z wodnej toni. Loch Ness od południa szybko przechodzi w kolejne podłużne jeziora - niewielkie Loch Oich oraz całkiem spore Loch Lochy. Nad brzegami tego ostatniego wznoszą się wysokie jak na Szkocję, ponad dziewięćsetmetrowe góry, przyprószone na wierzchołkach śniegiem.

Droga biegnie w kierunku Fort William, miasta w otoczeniu którego wznoszą się najwyższe szkockie szczyty, w tym Ben Nevis - najwyższa góra całej Wielkiej Brytanii. Kończący się dzień nie pozwala nam na zwiedzenie miasta (skręcamy w kierunku domu dosłownie kilka mil od jego granic), jednak jeszcze przed zachodem słońca udaje nam się zobaczyć wspaniała, pokrytą śniegiem, szkocką trójcę - Ben Nevis (1344 m n.p.m.), Aonach Beag (1234 m n.p.m.) i Stob Choire Claurigh (1177 m n.p.m.). Opuszczamy to miejsce z pewnym smutkiem, jednak przekonaniem, że wrócimy tu w styczniu, wyposażeni w sprzęt górski, by zmierzyć się z którymś z okolicznych szczytów, być może nawet samym Ben Nevisem.

David de Rosier