Blazzin' Fiddles


W czasach kiedy rynek muzyczny jest zalewany sztucznymi, komputerowymi dźwiękami, tworzącymi utwory o wątpliwej wartości artystycznej, wielu z nas spogląda z tęsknotą na półki z muzyką tradycyjną. Szczególnie miłośnicy Szkocji i Irlandii mają w czym wybierać, bo w krajach tych nie brakuje artystów znajdujących upodobanie i spełnienie w tym właśnie rodzaju muzyki. W swoich poszukiwaniach prawdziwej szkockości dotarłam pewnego pięknego dnia do Inverness, a tam do cudownego, tradycyjnego pubu Hootananny z kraciastymi zasłonami w oknach, przystojnym personelem w kiltach  i cudowna muzyką na żywo. I miałam niewątpliwy zaszczyt i przyjemność poznać Bruca MacGregora - kręgosłup zespołu muzyki tradycyjnej Blazin' Fiddles.
Przez pierwsze lata swego istnienia Płonące Skrzypki zdobyły ogromną popularność i utwierdziły się na pozycji najlepszego zespołu muzyki tradycyjnej w Szkocji. Byli porównywani do Led Zeppelin świata folkowego (The Scotsman) i U2 swojej kategorii ( Grampian TV). Zdołali założyć szkołę gry na skrzypcach, która z roku na rok cieszy się rosnącym powodzeniem  i została nazwana wydarzeniem października. Ale kto właściwie kryje się pod nazwą Blazin' Fiddles?
Zespół tworzy pięciu najlepszych skrzypków (w tym jedna kobieta) z regionu Highland i Wysp, wspieranych przez gitarę i keyboard. Ich początki sięgają 1998 roku, kiedy na corocznym Highland Festival zagrali po raz pierwszy jako całość. Zamiarem organizatorów festiwalu było ukazanie różnic w charakterze muzyki skrzypcowej z poszczególnych regionów Szkocji Północnej, ale wspólny występ Catriony MacDonald, Bruca MacGregora, Allana Hendersona, Aidana O'Rouke, Iana MacFerlane , Marca Clementa i Andyego Thorburna wzbudził taką sensację, że ta siódemka gra ze sobą do dziś.

O tworzeniu zespołu opowiada Bruce MacGregor:
"EIan MacFarlane i ja uczyliśmy w Sabhal Mór Ostaig, gaelickim collagu na wyspie Skye, parę lat temu. Rozmawialiśmy wtedy o tym, że dobrze byłoby zebrać paru szkockich skrzypków i stworzyć rodzaj show, ale nic z tego nie wyszło. Potem spędziłem jakiś czas w Alasdair Fraser's Valley of the Moon - szkole gry na skrzypcach w Kalifornii. Robiłem tam program dla Radia Scotland o tym, dlaczego ci Amerykanie byli tak zafascynowani naszą muzyką. Mieli niesamowicie rozległą wiedzę na temat historii tej muzyki, ale zdumiało mnie, że tylko nieliczni z nich mieli jakiekolwiek pojęcie o tym co dzieje się teraz. W rzeczywistości panowało tam przekonanie, że nic się nie dzieje! Porozmawiałem z Alastairem MacDonaldem, organizatorem Highland Festival i mój pomysł stworzenia skrzypcowego show bardzo mu się spodobał. Pozostało już tylko wykonać kilka telefonów. Pomysł był taki, że po solowych występach zagramy kilka utworów razem, ale  powodzenie właśnie tego wspólnego materiału przeszło nasze oczekiwania!"
Blazin' Fiddles szybko stali się zespołem. Oryginalny skład zawierał także Duncana Chrisholma, ale gdy ten musiał odejść, by skupić się na współpracy z zespołem Wolfstone, muzycy zdecydowali się na kontynuację działalności z pięcioma skrzypkami. Duncan łączył się z grupą na niektórych występach, ale głównie w zastępstwie za Allana Hendersona, który nie mógł sprostać wszystkim terminom.
Typowy koncert Płonących Skrzypków nadal składa się z indywidualnych popisów członków grupy, co daje widowni szanse na usłyszenie charakterystycznych melodii z różnych regionów: zachodnie wybrzeże reprezentowane jest przez Aidana, Iana i Allana, wschodnie przez Bruca, a Szetlandy przez Catrionę. Zespół jest także bardzo popularny poza Szkocją. Bruce opowiada: "Zainteresowanie w Anglii było fenomenalne! Myślę, że nasza nazwa przykuwa uwagę i pobudza wyobraźnię. Zresztą muzyka skrzypcowa jest bardzo popularna na całej Wyspie. Nikt nas nie znał na południu, w momencie kiedy zaczęliśmy tam grać, a teraz jeździmy tam dwa ,trzy razy w roku i często bilety na nasze koncerty są wyprzedane."
Zespół ma duże poczucie humoru. Na okładce ich drugiej płyty "The Old Style" ukazało się zdjęcie członków zespołu ubranych w stroje z epoki wiktoriańskiej. "Pomyśleliśmy, że to może być zabawne. Cała rzecz wydarzyła się dlatego, że Ian i Allan zawsze opowiadają o tym jak było dawniej - bez względu na to o czym rozmawiamy. Myślę, że Allan urodził się w całkowicie złej epoce!"
Jak dotąd zespół wydał dwie płyty: "Fire on!" oraz "The Old Style". "Początkowo myśleliśmy, - wyjaśnia Bruce - że będziemy nagrywać tylko płyty Blazin' Fiddles pod tą etykietką, ale wszyscy mieliśmy już jakieś solowe projekty i zaczęliśmy myśleć, że jeżeli zcentralizujemy to w jedną wspólną firmę da nam to trochę więcej kontroli nad całością. Widzimy to studio nagraniowe jako specyficzne dla muzyki skrzypcowej i tylko dla członków zespołu, ale mamy nadzieje rozszerzyć to kiedyś. Każdy ma prawo nagrywać gdzie indziej jeśli chce, ale uważam, że jeśli mamy tak dużo albumów to także łatwiejsza staje się współpraca z dystrybutorami." 
W 2001 roku w małej miejscowości Beauly, położonej ok.10 km na północny-zachód od Inverness Blazin' Fiddles założyli własną szkołę gry na skrzypcach. Ma ona formę kilkudniowych warsztatów w pierwszej połowie października. Za każdym razem z zaproszenia zespołu korzystają najznakomitsi muzycy tradycyjnej Szkocji, jak np. Phil Cunningham.
Przez trzy lata z rzędu zespół był nominowany do nagrody Scot Trad Music Award fundowanej przez BBC Scotland. W 2004 roku wygrali w kategorii Best Live Act. Moim skromnym zdaniem nikt inny nie zasłużył na to bardziej niż Bruce i spółka.

CZĘŚĆ O KONCERCIE W GLASGOW:

Na miejsce docieram za piętnaście ósma. Nie mogę dojść do siebie po półgodzinnym biegu wzdłuż Byres Road i bezowocnych poszukiwaniach miejsca o nazwie ORAN MOR. Dopiero zapytany mężczyzna informuje mnie, że to ten duży, stary kościół na szczycie ulicy - tam gdzie byłam już dzisiaj trzy razy... Zdyszana schodzę kilkanaście schodów w dół, do podziemi kościoła, gdzie po raz pierwszy w pełnym składzie, mam zobaczyć występ Blazin' Fiddles.
Dwa pierwsze rzędy są już zajęte, więc przyciągając uwagę całej sali okropnym hałasem, przesuwam do przodu ciężki fotelik z trzeciego rzędu. Następnie kieruje się w stronę baru - coś orzeźwiającego jest mi wręcz niezbędne. Po drodze spostrzegam stolik, na którym płyty układa sam Bruce MacGregor.
    - Cześć Bruce! -zaczynam nieśmiało.
    - Oh! Cześć Barbara! Jak się masz?
    - Dobrze, dobrze, dzięki. Już myślałam, że tu nie dotrę! No, ale jestem. Wiesz, piszę ten artykuł o Was, więc dziś nie jestem jako tancerka, ale dziennikarka. Co z tą  nową płytą zapowiadaną na lato 2004? - pytam, udając profesjonalistkę.
    - Hmm... no, nie całkiem gotowa... A w zasadzie to całkiem nie gotowa! Ale może na jesieni.
    - To fajnie. Już się nie mogę doczekać. - W tym momencie podchodzą Ian MacFarline i Aidan O'Rouke, więc rzucając grzeczne "see you later" odchodzę do baru. Potem uda mi się jeszcze zamienić parę słów z Ianem oraz powspominać wspólny występ w pubie w Inverness z Brucem i Markiem.
Dochodzi ósma, zaczyna robić się tłoczno. Wyciągam zeszyt z zamiarem robienia notatek, ale już po kilku minutach przenoszę się w magiczny świat muzyki, tańca i mistycznych wędrówek po wiecznie zielonych wzgórzach Szkocji. Blazin' Fiddles wychodzą na scenę i rozpoczynają swój występ od żywiołowego reela, nazwy którego oczywiście nie zdołałam zapamiętać, zbyt pochłonięta opanowywaniem dzikiej chęci wyjścia na scenę i zatańczenia. Po burzy oklasków i kolejnym reelu solowy występ prezentuje Bruce MacGregor. Cała sala cichnie jakby zahipnotyzowana poruszającymi dźwiękami "Cianalach" i "Coir'-lararaidh" - nastrojowych ballad z solowych płyt Bruca. Następnie solowy występ prezentuje Catriona MacDonald - jedyna przedstawicielka płci pięknej w Blazin' Fiddles. Podobnie jak Bruce  rozpoczyna od nastrojowych airów. Jako rodowita Szetlandka prezentuje typowy dla wysp charakter gry. Przy trzeciej melodii sala zaczyna się ożywiać .Ktoś zaczyna klaskać, ktoś inny się dołącza.  Rozglądam się po wnętrzu pubu i widzę uśmiechnięte twarze i zafascynowane oczy wpatrzone w Catrionę. Sama  także nie mogę wyjść z podziwu dla jej geniuszu. Czuję się jakby autentycznie unoszona w powietrzu przez dźwięki wydostające się z jej płonących skrzypiec. Bezwiednie wystukuję stopami rytm jiga i wiem już, że nie długo uda mi się usiedzieć na miejscu. Po Catrionie solowy występ prezentuje Ian i także otrzymuje burzę oklasków od naprawdę rozruszanej już publiczności. Po piętnastominutowej przerwie nadchodzi czas na solówki Aidana i Alana. Obydwaj na przemian wzruszają i skłaniają do zadumy oraz sprawiają że nie sposób usiedzieć spokojnie. To cecha charakterystyczna dla tego bandu - w parę minut potrafią zabrać publiczność na niezapomniana wędrówkę od płaczu i melancholii do euforycznej wręcz radości i poczucia, że Wszechświat jest dokładnie taki jaki być powinien. Bruce podchodzi do mikrofonu i informuje, że zagrają teraz kilka ostatnich utworków. Przeciskam się do przodu i siadam zaraz przed sceną w celu zrobienia zdjęć. W tym momencie Blazin' Fiddles  udowadniają, że słusznie porównuje się ich do U2 swojej kategorii. Dają  najbardziej energiczny występ jaki kiedykolwiek miałam okazję oglądać. Jestem zdumiona różnorodnością dźwięków jakie udaje się im wydobyć ze skrzypiec. Choć mam za sobą wiele koncertów, nie mogę uwierzyć, że tradycyjna muzyka może być tak porywająca i poruszająca za razem! I kiedy już dochodzę do wniosku, że jest to najlepszy koncert na jakim byłam, Bruce zaczyna stepować po irlandzku i krzyczy do mikrofonu -"No tańczcie! Klaszczcie! Bawcie się!" Sekundę później w skarpetkach i z podwiniętymi nogawkami jeansów stojąc przed sceną zaczynam jeden z moich popisowych solowych tańców irlandzkich. I choć jestem bardzo początkująca tancerką  widzę zafascynowane twarze publiczności wpatrującej się w moje stopy. Do końca wieczoru dajemy razem z Blazin' Fiddles niezapomniane show. Muzyka, taniec, mistyczna wyprawa w świat tradycji jednego z najciekawszych krajów świata staje się udziałem nie tylko artystów ale i (a może przede wszystkim) publiczności. I opuszczając pub mam wrażenie, że każdy wychodzący czuje się odrobinę lepszym i szczęśliwszym człowiekiem.

Barbara Błaszkiewicz