CYGANEK

Przyszli Cyganie do drzwi mego pana,
i, ach, jak ślicznie śpiewali!
Śpiewali ślicznie, cudnie tak,
aż zeszła nasza pani.

Tak drobniuteńko zbiegła w dół,
a wszystkie dziewki przy niej;
ujrzeli miłe liczko jej,
uroki na nią rzucili.

Dała im dobry, pszenny chleb,
oni jej dali piernik;
ona im dała droższą rzecz,
bo swoje złote pierścienie.

Poszłabyś ze mną, serce me?
Poszłabyś ze mną, kochana?
Na włócznię moją, nie będziesz już
należeć do swojego pana!

Zabierzcie mi jedwabny płaszcz,
przynieście pled wełniany,
bo teraz będę szła przez świat,
gdzie pójdzie mój Cyganek.

Popłynę morzem z mym Jackie Faa,
popłynę morzem z mym miłym;
Popłynę morzem z mym Jackie Faa,
z lubością utonę z mym miłym.

Górami szli, dołami szli,
dzień cały, nockę całą,
aż przyszli do dziadowych szop,
a wtenczas ona ustała.

Spałam ja wczoraj w miękkiej pościeli,
przy mnie wielmożny pan mój zasypiał,
a dzisiaj w szopie u dziada śpię,
kruk czarny szczerzy nade mną ślipia.

Nie mów tak ,nie mów, o serce me,
nie mów tak, moja kochana,
bo, na ten księżyc, nie będziesz już
należeć do swego pana!

Górami szli, dołami szli,
dzień cały, nockę całą,
aż przyszli do nad ten ciemny bród,
a wtenczas ona ustała.

Nieraz jeździłam przez ten bród
z moim wielmożnym panem,
dziś muszę moczyć me białe stópki
i nosić moje Cyganię.

Aż wrócił do dom wielmożny pan
i pyta, gdzie jego pani,
a jedni płaczą, a drudzy mówią,
że zabrał ją, zabrał, Cyganek.

Siodłać karego, woła pan,
bo gniady tak nigdy nie zdoła,
nie będę jeść, nie będę pić,
dopóki pani nie wróci doma.

Górami gnał, dołami gnał,
dzień cały, nockę całą,
aż przybył nad ten ciemny gród,
i ujrzał tam swoją panią.

Wrócisz do domu, o serce me?
Wrócisz do domu, kochana?
W zamkniętej izbie zamknę cię,
nie znajdzie tam moc Cygana.

Nie wrócę do domu, o serce me,
ni wrócę do domu, kochany;
warzyłam piwo, wypiję je,
nie będziesz już moim panem.

Lecz na ten księżyc przysięgam ci,
na słońce i na gwiazdy,
jak w dniu, gdy matka rodziła mnie,
jestem tu wolna w cygańskiej bandzie.

Piętnastu mężnych było ich,
jak czarni, tak śmiali byli,
wszyscy oddali życie za jedną
panią hrabiego Cassilis.


JOHNIE ARMSTRONG

Prawią o lordach, prawią o parach
i innych panach wysokich,
ja wam o panu zaśpiewam pieśń,
którego zwano lordem Gilnockie.

Król pisze list, i czuły list,
sam własną pisze ręką;
nieś, mówi, wnet, niech Johnie Armstrong
przybywa tu do nas, a prędko.

Eliotów i Armstrongów ród
żyły od dawna w miłej zgodzie-
jedźmy, niech z nami prawy nasz król
przybywa zdrowo do Gilnockie.

Pieczcie króliki, pieczcie kapłony,
combry jelenie stawcie nad ogień,
a może sam nasz jegomość król
zjedzie na obiad do Gilnockie!

Złamali włócznie, wyszli na trakt,
na Langholmie konie puścili;
patrzały panie z wysokich wież:
O Boże, daj, by wrócili!

Gdy Jonie wszedł w królewski dwór
z ludźmi dzielnymi, że patrzeć miło,
skinął ku niemu kołpakiem król;
rzekłbyś, że dwóch królów było.

Mogę-li znaleźć u ciebie łaskę
dla mnie i moich wasali?
Bo imię moje jest Johnie Armstrong,
twój wierny, o panie, poddany.

Precz, precz, ty podły zdrajco, precz!
Precz z moich oczu co prędzej!
Nigdy nie miałem dla zdrajców łask,
od ciebie zaczynać nie będę.

Daruj mi życie, królu mój, panie
pyszną ci złożę daninę:
dwadzieścia cztery białe rumaki
z mojej zrodzone stadniny.

Dam ci te wszystkie białe rumaki,
co rżą, harcują pod rzędem,
i złota z Anglii, ile uniosą
cztery szerokie ich grzbiety.

Precz, precz, ty podły zdrajco, precz!
Precz z moich oczu co prędzej!
Nigdy nie miałem dla zdrajców łask,
od ciebie zaczynać nie będę.

Daruj mi życie, królu mój, panie
pyszną ci złożę daninę:
dwadzieścia cztery przez cały rok
obracające się młyny.

Będą dla ciebie przez cały rok
mełli w nich mąkę mielnicy,
i pełne kosze nałożę im
dobrej, czerwonej pszenicy.

Precz, precz, ty podły zdrajco, precz!
Precz z moich oczu co prędzej!
Nigdy nie miałem dla zdrajców łask,
od ciebie zaczynać nie będę.

Daruj mi życie, królu mój, panie,
a wielki hołd ci złożę:
dwudziestu czterech siostrzanów mych
przed tobą, o panie, ukorzę!

Precz, precz, ty podły zdrajco, precz!
Precz z moich oczu co prędzej!
Nigdy nie miałem dla zdrajców łask,
od ciebie zaczynać nie będę.

Daruj mi życie królu mój, panie,
a walny ci dam upominek:
będą ci ziemię stąd do Newcastle
roczną składały daninę.

Precz, precz, ty podły zdrajco, precz!
Precz z moich oczu co prędzej!
Nigdy nie miałem dla zdrajców łask,
od ciebie zaczynać nie będę.

Teraz, o królu, teraz ty łżesz,
choć królem jesteś i księciem;
jedną uczciwość tylko, śmiem rzec,
ją jedną kochałem na świecie.

Tęgiego konia, lub niewiastę,
i jeszcze niezłe dwa psy na dzika;
miałbym ja z Anglii mąkę i słód,
choć bym i sto lat po niej pobrykał!

Miałbym ja z Anglii mąkę i słód,
i woły i baraninę;
lecz nigdy żadna w Szkocji niewiasta
nie powie, iżem zło jej uczynił.

Że wodę ciepłą znajdzie pod lodem,
chyba szaleniec tylko się łudzi -
u niewdzięcznika szukałem łask,
nie masz jej dla mnie i moich ludzi.

Gdybym był wiedział, nim tu przybyłem,
jak się niewdzięcznie ze mną obejdziesz,
sam byłbym dzierżył całe pogranicze,
wbrew tobie i twoje potędze.

Niech się król Anglii dowie, żem pojman,
niech dowie się mąż ten krwawy!
Bom kiedyś usiekł jego siostrzana,
na jego żebrach rąbałem szczapy!

Wokół kibici Jon wiązał pas,
czerwonym złotem nabijany;
piękny, o piękny to był pas,
bezcennym kruszcem usiany.

Dziewięć kół złotych u kapelusza
- po trzysta funtów wziąłby za jedno -
czegóż to brak mu z królewskich rzeczy,
oprócz korony i oprócz berła!

Skądś ty wziął te pierścienie, Johnie,
co błyszczą nad twymi barwami?
Wziąłem je, wziąłem na polu walki,
gdzie ty, okrutny królu nie staniesz.

Gdybym miał konia i dobrą zbroję,
ej, ruszyłbym ci ja w pole,
opowiadano by przez sto lat,
jakem to stanął przed królem.

Bóg z tobą, lordzie Mangertoun,
żyj długo, Kirsty, drogi mój bracie!
Pożyj tu długo na pograniczu,
boś widział chwałę mą i upadek.

Bóg z tobą, Kirsty, synu mój drogi,
co na kolanach piastunki siedzisz!
Lecz choćbyś nawet żył i sto lat,
lepszym od ojca nigdy nie będziesz.

Żegnaj mi, dworze miły w Gilnockie,
co dumnie stoisz nad Esku wodą!
Gdybym żył jeszcze choć siedem lat,
złotem opasałbym cię wokoło.

Zamordowali Hojna w Carlinrigg
i całą piękną drużynę ścięli;
lecz nigdy w Szkocji nie było smutniej,
niż gdy ci dzielni ludzie ginęli.

Bo ratowali drogi swój kraj
przed Anglikami nikt się nie ważył
najechać Szkocji granicznych ziem,
dopóki Johnie stał na ich straży.


MAY COLVIN

Przybył w zaloty podły sir John
do cudnej piękności dziewczyny,
May Colvin było imię jej,
ojca dziedziczki jedynej.

W ogrodzie, w domu zalecał się,
zalecał się w izbie i w sieni,
by mu nareszcie rzekła: tak,
by wziął ją na koń i pomknęli.

Z ojca szkatuły złota mi weź,
weź matki panieńskie mienie,
zabiorę cię w północny kraj
i tam się z tobą ożenię.

I poszła do ojcowych skrzyń,
czerwone pieniądze wzięła,
czerwone wzięła, białych nie,
i cicho się z domu wymknęła.

I do ojcowych poszła szop,
gdzie stały wszystkie konie,
najlepsze wzięła, najgorszych nie,
jakie widziano w tej stronie.

I na białego wskoczyła konia,
on wskoczył na srokosza
i pojechali do pustych skał,
daleko, nad brzegiem morza.

Skacz z konia, rzecze podły sir John,
oto twe ślubne łoże;
już siedem pań utopiłem tu,
ty ósma skoczysz w morze.

Rozbierz się, zrzucaj piękne jedwabie,
połóż je na tamten kamień,
bo są za piękne, bo są za drogie,
by gniły w słonej pianie.

Zrzucaj holandzką swoją koszulkę, 
batystem laminowaną,
bo jest za piękna, bo jest za droga,
by gniła pod słoną pianą.

Obróć się, obróć, podły sir Johnie,
patrz się na drzewa, powiada,
boć rycerzowi nagiej kobiety
oglądać nie wypada.

Tyłem odwrócił się podły sir John
i patrzył na liście na drzewie,
a pospieszyła się wtedy May Colvin
i w morską pchnęła go głębię.

Ratuj mnie, ratuj, ratuj mnie, May,
boję się, że utonę;
odwiozę cię na ojca dwór,
bezpieczną zostawię w domu.

Nie ma ratunku, podły sir Johnie,
nie ma dla ciebie litości!
Wszak nie zimniejsze będziesz miał łoże
niż to, coś dla mnie wymościł.

I na białego wskoczyła konia,
srokosza za wodze wzięła,
i tak ruszyła, a gdy świtało,
u bram ojcowych stanęła.

A wtem powiada śliczna papuga:
May Colvin, gdzieżeś ty była?
A co się stało z tym podłym sir Johnem,
z którym się wieczór zmówołaś?

Papużko śliczna, nie mów do mnie
ni o mnie ani słowem;
z kutego złota będziesz mieć klatkę,
szczebelki z kości słoniowej.

A naraz ojciec jej kochany
ze swojej komnaty tak pyta:
Co niepokoi śliczną papugę,
że gada, choć jeszcze świta?

To kot się zakradał do ojej klatki
i bałam się, że zje mnie,
i zawołałam do May Colvin,
by go zabrała ode mnie.


CNY KSIĄŻĘ MURRAY

O góry i doliny,
o, gdzieżeście wy były,
zabili cnego księcia Murraya,
na trawie go złożyli.

O, biada tobie, Huntly!
O, cóżeś, cóżeś zrobił!
Miałeś go przywieść, ale zabijać
zakazywałem tobie.

A rycerz był to prawy;
gdy w piłkę się bawili,
dobry, o, dobry nasz książę Murray
jak kwiat był między nimi.

A rycerz był to prawy;
jak wino mącił w głowach.
Hej, dobry, dobry nasz książę Murray,
kochała go królowa.

O, długo jego pani
w zamkowym oknie stoi,
gdy wjedzie w miasto nasz książę Murray,
zagrają jemu dzwony.


NIEWIASTA Z USHER'S WELL

Żyła niewiasta w Usher's Well,
dostatek piękny miała:
trzem dzielnym, mężnym synom swym
na morze rozkazała.

Nie zeszedł jeszcze tydzień im,
a może jeden tydzień,
gdy do staruchy przyszła wieść,
że żaden już nie przyjdzie.

Nie zeszedł jeszcze tydzień im,
a może trzy tygodnie,
gdy do staruchy przyszła wieść:
nie wrócą już synowie.

Bodajby nigdy nie cichł wiatr,
ni burza nie ustała,
aż wrócą moi chłopcy trzej
z prawdziwej krwi i ciała!

Aż w pewną długą, mroczną noc,
już dobrze po Marcinie,
przyszli ku wdowie chłopcy trzej,
a czapki mieli z trzciny.

Nie masz na bagnach takich trzcin
ni w stawie, ani w rowie;
chyba u rajskich tylko bram
tak piękne, jak sitowie.

Nuże mi, dziewki, w ogień dąć,
ze studni nosić wodę!
Tej nocy ucztę będziem mieć,
synowie przyszli do dom.

I łoże uścieliła im,
szeroko uścieliła,
i sama siadła obok nich,
i płaszczem sie okryła.

A wtem czerwony zapiał kur,
a potem siwy pieje;
rzekł do młodszego starszy brat:
Wstawajmy, bracie, dnieje.

Zatrzepał skrzydłem siwy kur
i tylko raz zawołał,
gdy młodszy do starszego rzekł:
Wstawajmy, odejść pora.

Już pieje kur, już dnieje dzień,
już głodny robak wyje,
jeżeli nie wrócimy wnet,
męczarnia nas nie minie.

Lecz jeszcze chwilę, cicho leż,
jeszcze nie całkiem dnieje;
zbudzi się matka, nie ujrzy nas,
od bólu oszaleje.

Żegnaj nam matko, żegnaj na,!
I szopy, spichrze drogie!
Ty, miłe dziewczę, żegnaj też,
co dmuchasz matce w ogień!


KRÓL ORFEJ

Żył sobie pewien król na wschodzie,
gdzie zielony gaj,
i żyła pani na zachodzie,
wciąż tam serce wraca.

Ruszył król w bory na daniele,
zostawił żonę, Izabelę.
O, szkoda, szkoda, żeś wyjechał
w twym domu jakaż jej pociecha.

Bo Król Uroków swoją strzałą
ugodził w serce twoją panią.
Pojechał król na polowanie,
gdy wrócił, zastał szary kamień.

I wziął król swoje dudy z miechem,
i zagrał sercu na pociechę.
I najpierw nuty grał żałosne,
a potem tony wziął radosne.

Potem wziął nuty skoczne, skore,
że serce by uzdrowił chore.
A teraz do nas chodź do sieni,
gdzie siedzą wszyscy zgromadzeni.

I poszedł do nich król do sieni,
gdzie byli wszyscy zgromadzeni.
I wziął król dwoje dudy z miechem,
i zagrał sercu na pociechę.

I najpierw nuty grał żałosne,
a potem tony wziął radosne.
Potem wziął nuty skoczne, skore,
że serce by uzdrowił chore.

A teraz nam powiedzcie, panie,
co chcecie od nas za swe granie?
Co ja chcę od was, zaraz powiem,
chcę Izabeli, mej królowej.

O, weź swa panią Izabelę
i króluj swoim na wesele.
I wziął swą panią Izabelę,
gdzie zielony gaj,
króluje swoim na wesele,
wciąż tam serce wraca.


SIR PATRICK SPENS

Siedzi król w mieście Dunfermline,
czerwone pije wino.
Nowy, powiada, okręt mam,
lecz, kto by nim popłynął?

A pewien rycerz stary wstał,
niedługo słowo waży
i mówi tak: Sir Patrick Spens
najpierwszym z Twych żeglarzy.

Napisał król szeroki list 
i pieczęć doń przyłożył;
gdy przyszedł list, Sir Patrick Spens
przechadzał się nad morzem.

W Norwegów kraj popłyniesz nam, 
po falach mórz popłyniesz,
królewska córa czeka tam, 
przywieziesz nam ją ninie.

Gdy czytać jął Sir Patrick list,
się zaśmiał wielkim głosem, 
z następnych słów Sir Patrick Spens
pod okiem poczuł rosę.

Któż to królowi o mnie rzekł,
cóż to za człek przeklęty!
O, jakież można w taki czas
Na morze słać okręty?

Czy wiat, czy chłód, czy mgła, czy lód,
nasz okręt niechaj płynie,
królewska córa czeka tam, 
przywieziesz nam ją ninie.

Rozpięli żagle i co tchu
ruszyli po niedzieli,
w norweski port we środę już
bezpiecznie zawinęli.

O świcie rusza zacna łódź,
gotujcie się ludziska!
Nieszczęsny, kapitanie, los,
piekielna burza bliska!

Widziałem wczoraj wieczór nów,
jak tulił księżyc stary;
jeśli ruszymy w taki czas, 
możemy przebrać miary.

Zaledwie ruszył statek nasz,
trzy mil przebył może,
ściemniało niebo, ryknął wichr,
stanęło dęba morze.

Kotwice trzasły, góra fal
na pokład się zwaliła,
i topmaszt runął; rufę, dziób
diabelska darła siła.

Jedwabiu dajcie mi tu bal,
i jeszcze kilka bali:
jedwabne płótno w szpary tkać,
nie puszczać w statek fali!

Przynieśli wnet jedwabiu bal,
i jeszcze ze trzy bale,
i obtoczyli statku bok, 
lecz wciąż wpływały fale.

Ni spieszył żaden szkocki pan
korkowej zmaczać pięty,
nie zdjęli kapeluszy z głów;
aż ucichł bój przeklęty.

Puchowych pierzyn potem dość
pływało po topieli
i wielu było tych, co już
swych domów nie ujrzeli.

O, długo mogły panie tak 
siedzieć z wachlarzem w ręce,
patrząc, czy wraca okręt nasz,
pod Sir Patrickiem Spensem!

Dziewczęta długo mogły też
czekać z grzebieniem w dłoni,
ale kochanek żaden już
nie wrócił z tamtej strony.

W połowie szlaku do Aberdour,
na dwieście stóp głęboko,
tam leży nasz Sir Patrick Spens
ze szkocką swą załogą.


TAM LIN

Niech, której skronie wianek zdobi,
nie waży się dzieweczka
przychodzić tu, do Carterhough,
gdzie młody Tam Lin mieszka.

Bo ma ten rycerz dzwonków dziewięć
srebrzystych wokół pasa;
ej, która przyjdzie tu dzieweczka,
dzieweczką już nie wraca.

Siedziała Janet w swej izdebce,
jedwabną szyjąc nitką,
i chciała iść do Carterhough,
gdzie róże cudne kwitną.

Rzuciła nici na podłogę,
rzuciła też igiełkę,
wymknęła się do Carterhough
i goni, aby predko.

Zieloną kieckę podkasała
trochę powyżej kolan,
i przepasała złote włosy 
trochę powyżej czoła,
i goni tak do Carterhough
jak tylko, tylko zdoła.

Jeszcze nie tknęła róży, róży,
różyczkę tylko jedną,
a naraz patrzy: młody Tam Lin!
Chodź no, powiada, ze mną.

Jak śmiesz, powiada, zrywać róże
i deptać po zieleni?
Gdzie, mówi, masz do Carterhough
ode mnie pozwolenie?

Cóż to? Po trawie mam nie chodzić?
Ani nie zrywać kwiatów?
Moim jest całe Carterhoug,
dał mi je sam mój tato!

I wziął ją Tam Lin za białą rękę
i za zieloną kieckę,
zawiódł ją, zawiódł do krainy czarów,
nie pytał, nie pytał czy zechce.

I podkasała Janet swą kieckę
trochę powyżej kolan,
i przewiązała złote włosy 
trochę powyżej czoła,
goni do domu swego ojca,
jak tylko, tylko zdoła.

Dwadzieścia cztery piękne panie
tańczyły na zabawie,
a między nimi piękna Janet
jak kwiatek na murawie.

Dwadzieścia cztery piękne panie
weselą się do rana,
a między nimi piękna Janet
zielona, niczym szklana.

I tak powiada rycerz stary,
a jego był to zamek:
Biada, powiada, piękna Janet!
Hańby przez ciebie same!

Zamilcz, powiada, siwy starcze,
bo zła cię śmierć nie minie!
A ojcem będzie mój wybrany;
nie ty dasz dziecku imię.

Gdyby mym miłym był ziemski rycerz,
tak jak jest duch szczęśliwy,
nie dałbym mu wiernej miłości,
choćby był księciem prawdziwym.

Rumak, na którym mój miły goni,
chybszym od wiatru gna lotem;
srebrem podkute ma przednie nogi,
tylne kopyta złotem.

Przemówił do niej brat kochany,
a zło jej chciał uczynić:
Jest takie ziele Carterhough,
pozbędziesz się dizeciny.

I podkasała Janet swą kieckę
trochę powyżej kolan,
i przewiązała złote włosy 
trochę powyżej czoła,
i goni tak do Carterhough
jak tylko, tylko zdoła.

Jeszcze nie tknęła listka, listka,
jednego listka z drzewa,
a naraz patrzy: młody Tam Lin!
Ani się, mówi, nie waż!

Jak śmiesz, powiada, zrywać listki,
listeczki z gałązkami?
Jak śmiesz, powiada, gubić dziecię,
które jest między nami?

Powiedz mi, Tamie, w imię tego,
co zawisł był na drzewie,
czy ty się żegnasz krzyżem świętym,
czy byłeś w Jego kościele?

Powiem ci, Janet, powiem prawdę,
dla siebie strzeż to sowo:
począł mnie rycerz, zrodziła pani,
tak jak to było z tobą.

Dał ci mi Roxburg, dziad mój sławny,
u siebie pomieszkanie;
wziął ci mnie on pewnego razu
z sobą na polowanie.

A wtem zionęły od północy
wichry mroźne, ponure,
i spadłem z konia, śmiertelny sen
dotknął mnie czarnym piórem;
Królowa Czarów zabrała mnie
hen, pod zielony wzgórek.

A piękna jest Kraina Czarów
dla tych, co w niej mieszkają,
ale gdy minie siedem lat,
piekłom powinność dają;
a jam ci młody, ciało i krew,
ode mnie też zażądają.

Lecz jutro dzień Wszystkich Świętych,
Wigilia Duchów - tej nocy;
wybaw mnie, Janet, wybaw, bo możesz,
wiem, że to w twojej mocy.

Zaczarowane dzisiaj tłumy
wyjdą na równinę,
jeśli mnie, miła, chcesz wybawić,
czekaj pod Czarnym Młynem.

Lecz jeśli ja cię mam wyzwolić,
jakże cię poznam, kochany,
pośród rycerzy obcych tłumów,
nieznanych, niewidzianych?

Pod Czarnym Młynem musisz stanąć,
gdy północ kur obwoła,
i pełną garść święconej wody
rozpryskaj dookoła.

Pierwszej gromadzie, co nadjedzie,
nic nie mów, niech cię minie;
w drugiej gromadzie także samo
pomykać będą inni;
trzecia gromada gdy nadjedzie,
ja będę między nimi.

Pierwszy niech minie cię koń kary
i gniady niech odbieża,
lecz podskocz szybko do białego
i z niego zerwij jeźdźca.

Bo jeden jedzie na karym, pani,
drugi na gniadym goni,
lecz ja białego mam rumaka
i złotą gwiazdę w koronie,
bo iżem ziemskim był rycerzem,
tak mi przybrali skronie.

Dłoń prawą włożę w rękawicę,
dłoń lewa będzie naga,
będzie to znak dla ciebie, pani,
byś pewniej mnie poznała.

I chwyć za głowę mego siwka,
i mocno trzymaj wodze;
wtedy Królowa Czarów krzyknie:
Hejże, Tam Lin, hej w drogę!

Zrobią mnie w twoich rękach, pani,
ni smokiem, ni to wężem;
lecz mnie nie puszczaj, nie daj uciec,
abym był twoim mężem.

Zmienią mnie w twoich rękach, pani,
także i w dziką świnię;
lecz mnie nie puszczaj, nie daj uciec,
bom ojcem twej dziecinie.

I zrobią ze mnie w twoich rękach
żelazo prosto z pieca;
lecz mnie nie puszczaj, nie daj uciec,
kochaniu twego serca.

I zmienią mnie w twych rękach w człeka
nagiego jak niemowlę;
a ty rzuć na mnie płaszcz zielony,
i wtedy mnie uwolnisz.

Janet swą kieckę podkasała
trochę powyżej kolan,
i przewiązała złote włosy
trochę powyżej czoła,
i biegnie do Czarnego Młyna
jak tylko zdoła, zdoła.

Zagrały dzwonki o pólnocy,
słychać - gromada jedzie,
a Janet rada temu graniu
tak jak niczemu w świecie.

A najpierw jedzie kary, kary,
i tuż, tuż gniady nadjeżdża,
i w tejże chwili rumak biały,
i Janet zerwała zeń jeźdźca.

Z białego zdjęła go rumaka
i mocno trzyma wodze,
wtem się rozlega krzyk nieziemski:
Hejże, Tam Lin, hej, w drogę!

I uczynili go w jej rękach
ni smokiem, ni to wężem,
a ona trzyma mocno, mocno,
iżby jej został mężem.

I zamienili go w jej rękach
w potwora, w dziką świnię,
a ona trzyma mocno, mocno,
boć ojcem jej dziecinie.

I zamienili go w jej rękach
w żelazo prosto z pieca,
a ona trzyma mocno, mocno,
kochanie swego serca.

Zmienili go w jej rękach w człeka
nagiego, jak niemowlę;
okryła płaszczem go zielonym,
i już jej miły wolny.

A wtem Królowa Czarów rzecze
z dziupli starego drzewa:
Ta, co zbawiła Tama Lina,
męża mieć będzie, jak trzeba.

Królowa Czarów tak powiada,
królowa niegodziwa:
Najdzielniejszego mi rycerza
z gromady uwolniła!

Gdybym wiedziała była wczoraj,
że weźmie mi Tam Lina,
byłabym serce jego z ciała
na kamień zamieniła.

Żegnaj, Tam Linie, gdybym wczoraj
mogła się tego spodziewać,
zmieniłabym twe szare oczy
na dwa kawałki drzewa.

Gdybym wiedziała była wczoraj,
że przyjdzie ta godzina,
byłabym tobą siedem razy
dług piekłu wypłaciła.


O TOMASZU RYMARZU

Ułożył się Tomasz na brzegu,
do dziwów mrużył powieki,
i tak zobaczył pannę prześliczną,
jak doń jechała zza rzeki.

Spódnicę miała zieloną,
płaszcz aksamitny we złocie,
u końskiej grzywy dzwonków srebrzystych
było pięćdziesiąt i osiem.

Zdjął wierny Tomasz kapelusz
i padł jej do stóp, i szepcze:
Witaj Maryjo, Królowo Nieba!
Nie masz ci równej na świecie.

O nie, Tomaszu, powiada,
to imię mi nie należy.
Ja jestem tylko Królową Elfów,
Ciebie tu przyszłam odwiedzić.

Raduj się, mówi, Tomaszu,
chodź, mówi, raduj się ze mną;
jak się ośmielisz mnie pocałować,
zostanę twoją na pewno.

Niech będzie, mówi, co będzie,
ja się tam czarów nie zlęknę.
I pocałował czerwone usta, 
tak nad tą rzeką pod dębem.

Teraz już musisz, powiada,
wierny Tomaszu iść ze mną;
musisz mi służyć teraz lat siedem,
cokolwiek losy nam sprzędą.

I spięła konia białego,
Tomasza za siebie wzięła;
hej, zadzwoniła srebrną uprzężą
i szybciej niż wiatr pomknęła.

Jechali tak coraz dalej,
i szybciej od wiatru mknęli,
aż zobaczyli wielką pustynię
i żywe kraje minęli.

Zsiądź teraz, mówi, i schyl się
do moich kolan, Tomaszu,
i trwaj tak chwilę, czekaj chwilę,
trzy cuda ci się ukażą.

Widzisz tę wąską drożynę,
skrytą wśród cierni i głogów?
To, widzisz, droga sprawiedliwości,
niewielu idzie tą drogą.

A widzisz drogę szeroką,
wysłaną kwieciem, zielenią?
To, widzisz, droga niegodziwości,
choć drogą do nieba ją mienią.

A widzisz tę piękną ścieżkę,
gdzie wiatr kołysze paprocie?
Oto jest droga do Kraju Elfów,
tędy pójdziemy tej nocy.

Lecz język miej za zębami,
bo gdybyś choć jednym słowem
zdradził, coś widział w Krainie Elfów,
na wieki żegnaj z domem.

Pomknęli dalej i dalej,
szerokie rzeki minęli;
i już nie było słońca, księżyca,
tylko ryk morza słyszeli.

I ani gwiazd, i ćma wkoło,
i w krwi po kolana brodzą,
bo strugi krwi przelanej na ziemi
wiosenne deszcze nam rodzą.

Przybyli w sady zielone,
owoc zerwała z jabłoni:
Skosztuj, Tomaszu, mówi, to jabłko
język przed kłamstwem obroni.

Mój język jest mój, powiada,
dobrą mi rzecz chcesz darować!
Nigdy bym nie mógł z nikim się zmówić,
sprzedawać ani kupować.

Ni mówić z księciem, ni panem,
ni pięknych kobiet nie kusić!
Teraz, Tomaszu, zamilcz, powiada,
tak jak mówiłam, być musi.

I gładki kaftan mu dała,
i pantofelki z zieleni;
i póki lat nie minęło siedem,
nikt go nie widział na ziemi.


TRAGEDIA DOUGLASÓW

Wstań, lordzie Douglas, włóż jasną zbroję,
do drogi się gotuj, mówiła,
by nikt nie powiedział, że starsza twa córka
po nocy się z lordem zmówiła.

Wstawajcie, jasne wkładajcie zbroje,
do siedmiu synów powiada,
i lepiej pilnujcie najmłodszej swej siostry,
bo starsza tej nocy przepadła.

Posadził ją na białego konia,
sam dosiadł swojego deresza,
i lekko, z rogiem myśliwskim u boku,
przez pola z kochanką pospiesza.

I spojrzał Wiliam przez lewe ramię,
by ujrzeć, co mógł zobaczyć,
i ujrzał już z bliska, jak goni przez pola
siedmiu walecznych jej braci.

Zsiadaj, o, zsiadaj, pani Małgorzato,
przetrzymaj mego rumaka,
bym stawił czoła walecznym twym braciom,
bym z ojcem twoim się zmagał.

I stała, stała, zawzięcie tak stała,
i łza nie spłynęła jej z oka,
dopóki nie padli waleczni jej bracia
i ojciec, co bardzo ją kochał.

Wstrzymaj się, mówi, lordzie Williamie,
wstrzymaj zabójczą twą rękę,
bo tylko jednego, drogiego mam ojca,
kochanków mogę mieć więcej.

I zdjęła chustę, piękną swą chustę
- holandzka to była tkanina -
i ojcu ranę nią opatrzyła,
ranę czerieńszą od wina.

Czy chcesz tu zostać, pani Małgorzato,
czy jedziesz ze mną? Wybieraj.
Pojadę, pojadę o lordzie Williamie,
już tylko ciebie mam teraz.

Posadził ją na białegoi konia,
sam usiadł na swego deresza,
i z wolna z rogiem myśliwskim u boku,
przez pola z kochanką odjeżdża.

I jadą dalej w blasku miesiąca,
jadą błoniami pustymi,
aż zatrzymali się u czarnej wody,
na chwilę stanęli na ziemi.

Gdy zeszli z koni, by napić się wody
u źródła, jakże czystego,
zlękła się miła, gdy w czystej tej strudze
ujrzała krew kochanego.

Popatrz, powiada, lordzie Williamie,
zdaje się, że cię zraniono.
To tylko cień mej kurtki szkarłatnej
odbija się tak czerwono.

I jadą dalej w blasku miesiąca,
jadą polami pustymi,
wreszcie przybyli do drzwi jego matki
i tam stanęli na ziemi.

Wstawaj, powiada, wstań, pani matko,
wstań, otwórz wrota dębowe.
Wstawaj, powiada, wstań, pani matko,
przywiodłem ci piękną synowę.

Uściel mi łoże, ściel pani matko,
uściel szeroko, głęboko,
iżbym spał smacznie, panią Małgorzatę
ułóż u mego boku.

Lord William umarł tuż przed północą,
a Małgorzata o świcie;
wszystkim, co schodzą się z wiernej miłości,
niech lepiej ułoży się życie.

Lord William leży u bramy kościoła,
a Małgorzata przy chórze;
krzew głogu wyrósł na grobie rycerza,
na grobie pani - róże.

I znów się zeszli, i znów się spotkali,
i zawsze już chcą być z sobą,
i choćby wiedział o tym świat cały,
zawsze już kochać się mogą.

Lecz jechał drogą Czarny Douglas,
przystanął u drzwi kościoła
i wyrwał z grobu kwitnący krzew głogu,
i rzucił na wody jeziora.


Wszystkie ballady pochodzą z książki Król Orfej i inne ballady szkockie i angielskie wydanej przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne w 1984 roku. Tłumaczenie: Władysław Duleba.