Na półwyspie Kintyre, w wiosce Ardelve, mieszkał ongiś pewien rybak nazwiskiem Iain MacRae. Któregoś zimowego dnia, kiedy morze było nazbyt wzburzone, by mógł wypłynąć na połów, Iain postanowił wyciosać nową stępkę do swej łodzi i wybrał się do lasu między Totaig i Glenelg po stosowny do tego celu kloc drzewa.
Ale zaledwie począł rozglądać się za swoją stępką, kiedy gęsta biała mgła stoczyła się ze wzgórz i rozpostarła między drzewami. Iain bardzo się oddalił od Ardelve i jak tylko mgła zaległa ziemię, zapragnął możliwie najprędzej powrócić do domu, nie uśmiechało mu się bowiem spędzenie zimnej nocy pod gołym niebem. Zaczął tedy iść ledwie widoczną ścieżyną, pewien, że jest to droga, którą tu przybył i która zawiedzie go do Ardelve. Ale przekonał się niebawem, że jest w błędzie, bo ścieżka wyprowadziła go z lasu w obcą okolicę i kiedy zapadł mrok, był beznadziejnie zagubiony na stoku wzgórza. Już postanowił, że się owinie w swój kraciasty pled i spędzi resztę nocy na wrzosowisku, gdy nagle dostrzegł w oddali mdłe światło. Ruszył w tamtym kierunku szparkim krokiem, a kiedy podszedł bliżej, przekonał się, że światło pada przez okienko starego kamiennego szałasu z rodzaju tych, w jakich przemieszkiwali ongiś wieśniacy wyprowadzający trzody na pastwisko.

„Nareszcie jakaś nadzieja na spędzenie nocy pod dachem i na torfowy ogień, przy którym będzie można się ogrzać” - pomyślał Iain i zastukał ochoczo do walących się drzwi.
Ku swemu zdumieniu nie usłyszał odpowiedzi. „Przecież ktoś tam musi być - tłumaczył sobie w duchu - bo świeca nie mogła się sama zapalić”
I zastukał w drzwi powtórnie. Nadal nie było odpowiedzi, chociaż teraz usłyszał wyraźnie szmer głosów w szałasie. Wtedy Iain zawrzał gniewem i zawołał:

- Co z was za ludzie, że w zimową noc odmawiacie schronienia znużonemu wędrowcy?

Usłyszał szuranie i stara, stareńka kobieta uchyliła drzwi, ale tak wąsko, że w szparze zmieściłby się ledwie kot. Obrzuciła Iaina bacznym spojrzeniem i powiedziała niechętnie:

- Niech tam, możesz spędzić tu noc, bo w odległości wielu mil nie ma innego schronienia. Wejdź i połóż się przy kominie.

Otworzyła drzwi szerzej i natychmiast je zatrzasnęła, a Iain wkroczył do wnętrza. Na kominie palił się jasnym płomieniem torf, a po obu stronach komina Iain zobaczył dwie inne stare kobiety. Żadna z nich się do niego nie odezwała, jednakże ta, która otworzyła mu drzwi, wskazała gestem miejsce obok paleniska, gdzie Iain ułożył się pod swoim kraciastym pledem. Ale nie zasnął, bo atmosfera malej chaty wydała mu się dziwna i uważał, że będzie rozsądniej czuwać.
Niebawem spostrzegł, że starowiny zerkają w jego stronę, a jedna z nich, najwyraźniej uspokojona, iż nieproszony gość zasnął, wstała i podeszła do dużej drewnianej skrzyni znajdującej się po drugiej stronie izby. Iain leżał nieruchomo i patrzył, jak stara podnosi ciężkie wieko, wyciąga ze skrzyni niebieską czapeczkę i z powagą wkłada ją na głowę. Nagle starucha wrzasnęła skrzeczącym głosem:

- Carlisle! - i ku najwyższemu zdumieniu Iaina natychmiast zniknęła.

Potem pozostałe dwie staruchy podchodziły kolejno do skrzyni, wyjmowały niebieskie czapeczki, wkładały je na głowę i - wykrzyknąwszy słowo: Carlisle! - znikały bez śladu.
Gdy tylko ulotniła się ostatnia, Iain zerwał się ze swego miejsca przy kominie i podszedł do skrzyni. W środku zobaczył jeszcze jedną niebieską czapeczkę, dokładnie taką jak tamte. A ponieważ zżerała go ciekawość, dokąd uleciały trzy wiedźmy, szybkim ruchem włożył czapkę na głowę i wykrzyknął śmiało, naśladując glos starych kobiet:

- Carlisle!

Natychmiast kamienne ściany nędznego szałasu jakby się rozpłynęły i Iaina ogarnęło uczucie, że obraca się i wiruje w powietrzu z szaleńczą szybkością. Potem wylądował z hukiem i rozejrzawszy się dokoła, zobaczył, że znajduje się w ogromnej piwnicy na wino, gdzie trzy staruchy przepijały do siebie wesoło.
Zaledwie jednak Iain znalazł się pośród nich, zerwały się porzucając trunek i wrzeszcząc:

- Kintail, Kintail, z powrotem do Kintail!

I już ich nie było.
Ale tym razem Iain nie miał chęci podążyć za nimi, bo nowe miejsce pobytu bardzo mu się podobało. Oglądał uważnie butelki i beczki, tu wypijając kropelkę, tam pociągając łyczek, aż wreszcie dobrnął chwiejnym krokiem do jakiegoś kąta i zasnął tak mocno, jak nie spał chyba nigdy w życiu.
Otóż tak się zdarzyło, że piwnica na wino, do której Iain został przeniesiony w ów tajemniczy sposób, należał do biskupa z Carlisle i znajdowała się w podziemiach jego pałacu w Anglii. Rankiem słudzy biskupa ruszyli do piwnicy, a tam przeraził ich widok porozrzucanych flasz i wina cieknącego na podłogę.

- Bywało już, że znikały flasze wina ze stojaków - oznajmił ochmistrz - ale nigdy nie popełniono kradzieży tak bezwstydnej.

Nagle jeden ze służących dostrzegł Iaina, który leżał w kącie, wciąż spiąć kamiennym snem i wciąż w niebieskiej czapeczce na głowie.

- Złodziej, złodziej! - zaczęli wołać wszyscy i Iain obudził się z rękami związanymi na plecach i nogami spętanymi sznurem, jak kurczak przygotowany do pieczenia.

Słudzy zawlekli więźnia przed oblicze biskupa, ale wpierw zdarli mu z głowy niebieską czapeczkę, bo byłoby dowodem braku poszanowania, gdyby znalazł się w pałacu z nakrytą głową. Potem Iain został osądzony i skazany za swoją zbrodnię na karę śmierci na stosie.
I zwalono dużą kupę suchych drew Wokół okrągłego, mocnego słupa na rynku miasta Carlisle. Przyprowadzono tu Iaina i przywiązano do słupa, a następnie przytknięto głownię do chrustu i tłum, który się zebrał, by obserwować śmierć winowajcy, czekał, aż buchną pierwsze jasne płomienie.
Otóż Iain prawie już poddał się losowi i snuł przeróżne bohaterski myśli, gdy nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

- Ostatnie życzenie, ostatnie życzenie! - zawołał. - Pozwólcie bym na drogę do wieczności wdział moją niebieską czapeczkę.

Przychylono się do tej prośby i włożono mu czapkę. Zaledwie poczuł ją na głowie, spojrzał z rozpaczą na płomienie liżące mu stopy i wrzasnął potężnym głosem:

- Kintail, Kintail, z powrotem do Kintail!

I ku najwyższemu zdumieniu zacnych mieszczan Carlisle skazaniec wraz ze słupem, do którego był przywiązany, zniknął bez śladu i nigdy go już w Anglii nie widziano.
Wróciwszy do przytomności, Iain stwierdził, że znajduje się znów na stoku wzgórza, w lesie leżącym między Totaig i Glenelg, ale stary szałas, w którym mieszkały trzy wiedźmy, zniknął bez śladu. Po nocnej mgle nastał piękny, pogodny dzień i Iain dojrzał z oddali zbliżającego się starego wieśniaka.

- Zechcecie mnie oswobodzić od tego kłopotliwego pala? - zawołał do niego Iain. Stary podszedł i uwolnił Iaina z więzów.
- Ale czemu, na Boga, byłeś do niego przywiązany? - spytał. lain spojrzał posępnie na słup i zobaczył piękny kawał drewna, mocnego i zdatnego do użytku. Wtedy przypomniał sobie, jaki był cel jego wyprawy.
- Och, wziąłem to drewno, bo chcę zrobić nową stępkę do mojej łodzi rybackiej - odparł. - Dał mi je sam biskup z Carlisle.

I kiedy mu wieśniak pokazał, którędy iść do Ardelve, puścił się w drogę pogwizdując wesoło.

Źródło: „Baśnie i legendy Wysp Brytyjskich”, Nasza Księgarnia 1985, tłumaczenie Anna Przedpełskia-Trzeciakowska.